środa, 25 sierpnia 2010

      Czy istnieje jakaś reguła, dzięki której związki się udają? Jeśli tak to, jaka? Czy to wielka miłość ( nie mam pojęcia jak ją można mierzyć) czy może czas?
Czy naprawdę zaręczyny po 5 latach bycia razem, dają większą pewność niż te po tygodniu?
Są przecież związki, które istnieją ( i co ważniejsze mają się świetnie) mimo wszystkich i wszystko. Takie szczęście przypadło w udziale Carol Drinkwater i jej partnerowi Michelowi.
Bardzo miło się zaskoczyłam czytając powieść o „Oliwkowej farmie”. Zdawałoby się, że to książka jak jedna z wielu o tej tematyce. Jednak udało się tchnąć w ten zapis mnóstwo niepowtarzalności.
Przede wszystkim „nowe życie” nie jest spowodowane tym, że poprzednie było złe, sprawiało przykrości, pojawiła się w nim zdrada. Tych dwoje dorosłych ludzi spotkało się i poczuło, że są dla siebie połówkami jabłka. Dlaczego więc mieliby czekać? To już nie ten wiek, gdzie można i warto czekać. Nie uważam, że są starzy, ale konwenanse na pewno mogą sobie darować i dobrze, że to zrobili. Są ludźmi, dla których każdy początek to tylko ciąg dalszy.
Ciąg dalszy drogi, którą mam nadzieję będą razem przemierzać przez długie lata.
Powieść napisana w sposób bardzo lekki, zrównoważony, bo Carol w żadnym wypadku nie jest głupią trzpiotką.
„Oliwkowa farma” to niezmiernie zaniedbane miejsce, które decydują się kupić oczywiście na kredyt. Miejsce, w którym nie sposób się nie zakochać, jeśli przeczytamy relacje choćby o samych kolorach, które owa farma „produkuje” w zależności od pór roku. Dzięki opisom, Carol wszystko staje się rzeczywiste i namacalne. Soczystość fig, zapach kwiatów, wiatr od morza. Dowiedziałam się przy tym wielu niezmiernie ciekawych rzeczy o samych oliwkach, procesie ich przetwarzania, właściwościach.
Podobało mi się to, że pisarka nie próbuje być na siłę zabawna. Nie aspiruje również do roli satyryka wytykającego narodowe wady. Oczywiście zdarzają się pomyłki językowe czy też różnice w podejściu do niektórych spraw, ale daleko temu do wyżej wymienionych cech.
Pisarka nie stara się być naszą przyjaciółką. Pozostawia bardzo duża przestrzeń prywatności zarówno dla siebie i dla bliskich, przede wszystkich dla bliskich. Nie chce też nikomu udowodnić jak wiele kosztowało ją to, co osiągnęła. Punktem głównym jest Ona. Michel i Farma. Wszystko inne jest przy tym mało ważne, bo w końcu, co może być ważniejsze od miłości? Nic... Nawet praca ( Carol jest aktorką), którą ja uważam za niezwykle ekscytująca z racji takich możliwości jak odwiedzanie Australii wydaje się nijaka przy wspaniałościach, jakie oferują wyzwania na farmie.
Jeśli Francja to również jedzenie. Do Włoch jeździ się, aby nauczyć się smaku potraw, ale to Francja słynie z najlepszych kucharzy świata nic dziwnego, skoro kucharze mówią o francuskiej szkole ( tradycyjnej) i tej innej. Pieczywo, wino, ser i sałata – nieodłączne atrybuty francuskiego stołu, które również występują w powieści. Jest prosto, ale składniki są najlepszej jakości. Jednym słowem nie może się nie udać. Przyznam się szczerze, że czytając o ich kolacjach sama szłam do kuchni i puszczałam wodzę fantazji.
Z pełnym żołądkiem mogłam wyruszyć na kolejne wojaże. Jeśli nie wiecie gdzie wybrać się na kolejne wakacje, po tej lekturze wszystko stanie się klarowne. Wypoczynek = Nicea.
Carol dzięki swojej wiedzy może śmiało startować na stanowisko przewodnika. Raczy Nas nie tylko fantastycznymi krajobrazami ale również genezą historyczną tychże miejsc.
Punktem obowiązkowym na Waszej liście będzie opactwo Abbaye de Lerins, które wygląda tak:



O reszcie obowiązkowych przystanków dowiecie się oczywiście z książki. :-)
Polacy w powieściach zagranicznych autorów występuje z reguły jako złodzieje, pomywacze itp. Z bólem serca muszę przyznać, że nawet mój ukochany Moccia nie jest w tym temacie wyjątkiem. Dlatego niezmiernie miło było czytać, że oprócz cwaniactwa możemy być również dobrymi partnerami biznesowymi a Warszawa może być dla Carol fascynującym miastem. Polacy, bowiem współfinansowali serial na podstawie jej scenariusza, do tego nawet większość scen została nakręcona w Polsce. :)
Na koniec chciałabym jeszcze powrócić do wątku, bez którego nie byłoby tej książki ani kolejnych. MIŁÓŚCI... Dojrzałej, cierpliwej, romantycznej, tęskniącej, namiętniej. Uczuciu, które pokonało góry i morze, które jest ponad narodowością i religią. Uczuciu, które sprawia, że mężczyzna jest w stanie wynająć dla ukochanej kobiety helikopter (naprawdę!) byle tylko nie spóźniła się na premierę teatralną. Wydawać by się mogło, ze kredyt na dom łączy bardziej niż ślub czy nawet dzieci. Gdy tak naprawdę „ dom to o wiele więcej niż tylko budynek. [...] Kupujemy marzenie, inwestujemy w miłość. Będziemy kontynuować ją poprzez przycinanie drzew i zbieranie owoców. Będziemy celebrować nasz związek, wysyłając zaproszenia do przyjaciół i krewnych na całym świecie.”*


Ja również Was zapraszam do przeczytania tej cudownej, ciepłej opowieści o miłości do ludzi, siebie nawzajem i świata. Sama zaś z niecierpliwością czekam na kontynuację przygód Carol i Michela. W przygotowaniu są jeszcze 4 tomy tej Oliwkowej przygody. Mam nadzieję, że wszystkie sprzedadzą się w bardzo wysokich nakładach, co zachęci wydawnictwo do zaproszenia pani Drinkwater do Polski.
 

*”Oliwkowa farma” Carol Drinkwater, Wydawnictwo Literackie, str. 28



Carol Drinkwater we własnej osobie i z własną oliwą :-).

13 komentarzy:

Alina pisze...

Podoba mi się ta książka. Chętnie bym sięgnęła. Ale te cztery tomy w przygotowaniu mnie przestraszyły... ^^.

Miss Jacobs pisze...

Alino,
Książkę warto przeczytać. Nikt nie zmusi Cię byś sięgnęła po kolejne tomy. Możesz zakończyć spotkanie z panią Drinkwater do jednego razu i mile je wspominać. Rozumiem, że boisz się, że kolejne tomy będą pisane na siłę. Mam nadzieję, że tak nie będzie... Zobaczymy za jakiś czas.

Pozdrawiam serdecznie :)

Kaś pisze...

bardzo, ale to bardzo ciekawie brzmi, zwłaszcza to nowe tchnienie, taka niby-inność o której piszesz... dopisuję do wish list:)

liritio pisze...

Bardzo mi się ta książka z Twojej recenzji skojarzyła z Ferencem Mate. Chętnie bym ją przeczytała, ale trochę się obawiam że będzie bliższa pani Meyes, której nie trawię, niż Mate, którego uwielbiam (samą mnie zadziwia ten rozstrzał w opiniach o podobnych w sumie książkach).
A w ogóle jak Ty wynajdujesz te tytuły!? Co nie wejdę, jakaś kolejna ciekawa książka zrecenzowana :)

Miss Jacobs pisze...

Kaś,
Mam nadzieję, że Tobie również się spodoba.

Liritio,
Jeśli chodzi o panią Meyes to miałam okazję oglądać film na podstawie jej powieści. W przypadku fabuły książki są absolutnie różnie. Meyes to typowy romans dla singielek i zdradzonych. Niby można zrobić coś samemu ale nagrodą i tak musi być facet.
Carol Drinkwater tworzy swój świat razem z ukochanym mężczyzną, a jednocześnie jest niesamowicie niezależna i jest to dla niej oczywistość. Przede wszystkim przed kupieniem farmy autorka była spełnioną kobietą. Tak jak napisałam nie została ani zdradzona ani skrzywdzona przez mężczyznę.
Jeśli chodzi o pana to się nie wypowiem, bo nie czytałam i nic nie widziałam. Można jedynie domyślać się, że jako mężczyzna ma trochę inne spojrzenie i inaczej je opisuje, albo po prostu jest lepszym pisarzem.
Cieszę się, że książki przeze mnie czytane są dla Ciebie ciekawe. Czasem zdaje się na bezpieczny schemat, który wcale schematem się nie okazuje i przeżywam zaskoczenie tak jak w przypadku „Oliwkowej farmy”. Czasem zdaje się na intuicję i zdarza mi się trafiać.

Pozdrawiam Was obie bardzo serdecznie.

Skarletka pisze...

A mnie cztery tomu nie przestraszyły i po takim ładnym wstępie o związkach, bardzo chcę książką przeczytać :)

Edith pisze...

I mnie zachęciłaś swoją recenzją :) Może nie rzucę się na nią od razu, ale na pewno przyjdzie czas na jej lekturę ;)

Inez pisze...

A mnie zatrzymały na chwilę Twoje rozważania na temat miłości i ślubu. Sama na swój czekałam 7 lat. Wydawało mi się, że przez ten czas poznamy się jak łyse konie, a dobrze jest o drugiej osobie wiedzieć wszystko:) Teraz wiem, że wiedzę, którą mam teraz, miałam już po roku, no może po 2 latach znajomości. Znałam wszystkie zalety i wszystkie wady. Przez ten czas nie zmieniliśmy się bardzo i nie specjalnie wyzbyliśmy się wad. Więc po co było czekać tak długo, skoro i tak wiedzieliśmy, że chcemy się pobrać? To tak jakby czekać: a nuż, trafi się ktoś lepszy. Miłość to coś niezawodnego. Albo jest od razu albo jej nie ma ani później, ani wcale. Ale może się mylę...

Pozdrawiam

Claudette pisze...

Och, mam ochotę wybrać się na tę oliwkową farmę choćby dziś.
Po odwiedzeniu gajów oliwnych wyspy Brać czuję niesamowite przywiązanie do oliwek oraz oczywiście do europejskiej części wybrzeża Morza Śródziemnego - w tym także do Nicei, którą wspominam z sentymentem.

Ja ślubu (nie mogę powiedzieć że na ślub "czekam", bo to zabrzmi drastycznie) wyglądam już prawie od 9 lat. I bogactwa nabytego podczas tego czasu nie oddałabym za nic. Bardziej znać się, nie mieszkając ze sobą, już chyba nie można.

Pozdrawiam!

Miss Jacobs pisze...

Skarletko,
Bardzo się cieszę, że podobał Ci się wstęp. Starałam się najlepiej jak umiałam. :)

Edith
Polecam ogromnie. Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz.

Inez,
Uważam, że nie da się dowiedzieć o człowieku wszystkiego gdyż nawet sami o sobie tego nie wiemy. Wiemy jedynie tyle ile dane było Nam się dowiedzieć. Życie jest pełne niespodzianek, zawirowań i przeciwności, na które trzeba reagować szybko. Teoria z reguły daleka jest od praktyki. Miłość jest tak niezawodna jak człowiek, który ją czuje. Nie ma na nią reguły. Czasem przychodzi od razu, czasem trzeba do niej dojrzeć, a czasem los daje drugą szansę.
Cieszę się, że się doczekać i mam nadzieję, że to był jeden z najpiękniejszych dni Twojego życia. Na pewno był.

Claudette,
Widzę, że mogłybyśmy się wymieniać sentymentami dotyczącymi Nicei.
Zgadzam się z Twoimi poglądami dotyczącymi mieszkania razem. Widać wszystkie wady i zalety, nie da się niczego ukryć. Nie ma mamusi, która posprząta, ugotuje, wyprasuje.
W takim przypadku ślub jest tylko przypieczętowaniem tego faktu. Dla mnie jest jedynie papierkiem. Niczego nie ulepsza ani nie pogarsza. Najważniejsze by czuć się „ mężem i żoną” w sercach.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i bardzo dziękuję za komentarze.

Yoanna pisze...

Bardzo lubię takie książki jako odskocznię od codziennych problemów. Na pewno przeczytam. Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Bardzo mi się podoba tytuł tej książki odkąd tylko o niej usłyszałam, a po twojej zachęcającej recenzji pewnie za jakiś czas po nią sięgnę.

froasia pisze...

A co to znaczy "kupić na krety"? PS. Odezwała się czepialska Fro ;)