niedziela, 24 listopada 2013



    Jest zdecydowanie najbardziej znanym seksuologiem w Polsce. Niesamowicie oczytany, z dużą kulturą osobistą i nadal posiadający oczy pełne wigoru. Jego styl bycia określiłabym jako delikatnie zawadiacki. Poważny z racji profesury, wesoły z charakteru. Często można go zobaczyć w telewizji, również tej śniadaniowej. Ale jaki jest naprawdę? Jak duże przełożenie na życie prywatne ma praca? Lekarz (bo nim jest w pierwszej kolejności) postanowił uchylić nam rąbka tajemnicy w swojej krótkiej autobiografii.

Zawsze uważałam, że profesor Starowicz jest największym autorytetem w swojej dziedzinie. Zasób jego wiedzy najprawdopodobniej nie ma sobie równych. Teraz okazało się, że jest mistrzem słowa. Mianowicie, pisał tak, aby niczego nie napisać. Wydaje się, że po raz kolejny wykorzystał okazję do „przemycenia” informacji o seksie, ludzkiej intymności i niekiedy chorobie. Za to tak niewiele jest o nim samym. Głównie informacje, które mogłabym zdobyć bez większego trudu lub wyciągnąć z logicznych przesłanek.

Odpowiada na najczęstsze pytania. Robi to z humorem, czasem poprzez anegdotę, których jest naprawdę dużo. Po przeczytaniu tylko nachodzi myśl, co by powiedziała np. uwodząca pacjentka na wieść o tym, że została opisana w jego książce. Oczywiście, historie przedstawione są w sposób uniemożliwiający identyfikację. Ale jak to się ma do samych pacjentów? Nie wiem. Wierzę jednak, że profesor nigdy nie zrobiłby czegoś, co mogłoby im sprawić ból i przynieść negatywne konsekwencje. Od przeżywania takich emocji jest gabinet.

Książka napisana w sposób lekki, przejrzysty. Nie należy się obawiać nieznanej terminologii, bo ta w razie potrzeby jest zawsze wyjaśniania. Ciężko jest zachować powagę przez dłuższą chwilę, kilka razy nawet zdarzyło mi się delikatnie parsknąć śmiechem. Plusem są zamieszczone zdjęcia, na których widać jak mocne rysy twarzy ma autor i fakt, że czas jedynie mu służy.

Czyta się błyskawicznie. Mnie zajęło to zaledwie pół wieczoru. Ten krótki czas na pewno wpłynął na odczucie niedosytu. Miałam wrażenie, że nadal tak niewiele wiem. Dostałam fakty, ale „nie wpuszczono mnie do domu”. Swoje stanowisko zajmował jedynie w kwestiach zdrowotnych, naukowych i robił to zgodnie z obecnie panującymi normami. Z punktu widzenia czytelnika można być zawiedzionym. Pamiętajmy jednak, że pan Starowicz jest nadal praktykiem, nadal można korzystać z jego porad. Niewielka liczba wiadomości o samym sobie jest zatem próbą ochrony siebie, wyeliminowania bodźców niepotrzebnie zniechęcających do niego jako terapeuty/lekarza.

Na koniec...
Pomyślałam, że zapoznając się z historią profesora, zapoznajemy się po części również z historią współczesnej seksuologii w Polsce. Bo choć nie ma o tym wzmianki w książce, to był on m.in. przekonującym do wprowadzenia Viagry na krajowy rynek. 


1 komentarzy: