poniedziałek, 9 sierpnia 2010

        Istnieją takie książki, które zdawać by się mogło mają wszystko, co trzeba by zachwycić czytelnika. Ta myśl nasuwa się po przeczytaniu biografii autora czy też pochwał od innych „Wielkich tego świata”. Następnie owy czytelnik ( w tym przypadku ja) zasiada w wygodnym fotelu z tenże powieścią i wpada w osłupienie. Nie wie czy to on jest idiotą czy może to autor zaliczył wtopę. Dokładnie tak się stało na „Wyspie ściętych Hiacyntów” Gonzalo Torrente Ballestera.
Miałam nadzieję na piękną poetycką, z wątkiem romantycznym, po którym będę chodzić uskrzydlona a do tego dowiem się jeszcze jak przebiega proces twórczy pisarza, bo kto może go lepiej opisać niż on sam?. W zamian tego dostałam ponad 400 stronicową mękę.
Od samego początku styl autora wydawał mi się trudny, przypominający „ ą ę przez bibułkę”. Czułam jakby starał się na siłę pisać wzniośle, z wielkim patosem a ja jestem przy tym malutka i niegodna by w ogóle patrzeć na to, co wyszło spod jego ręki. Będąc sprawiedliwą nie mogę odmówić autorowi erudycji. Nawiązuje do Nelsona czy lady Hamilton, choć są to nawiązania niekoniecznie zgodne z prawdą. W tej książce trudno jest oddzielić rzeczywistość od fikcji, brak znajomości historii na pewno nie pomoże.
Mamy wątek środowiska akademickiego, satyrę na nie a z drugiej strony wyspę, na której dzieje się absurdalna rewolucja, wyspę, na której manipuluje się w celu zdobycia władzy, ( bo, o co innego mogłoby przecież chodzić?).
Ten 400 monolog pisany jest w formie dziennika, a bardziej listu. Miałam wrażenie, że autor pisze by pisać, zapętla się w wątki a nie chce mu się skasować tych parunastu linijek, więc dalej tworzy. Przypomina to pisanie 90 letniego staruszka do swojej miłości – na jednolitą ciągłość wątku nie ma, co liczyć. Erotyzmu w tym za grosz, chyba, że ktoś za erotyzm uważa stwierdzenie faktu nagości.
Wiele osób zarzucało mi brak poczucia humoru i chyba coś w tym musi być, bo nawet z okularami Stępnia z 13 posterunku nie widziałam tam ani ziarnka ironii, sarkazmu czy czegokolwiek podobnego. Ponoć jest „ wysublimowane”, tak przynajmniej pisze tłumacz. Więc albo ja jestem osobą z niskim poziomem umysłowym albo faktycznie go tam nie ma. Za to na pewno są błędy stylistyczne i zwyczajne literówki, ale tych czepiać się nie będę, bo sama je popełniam.
Pewnie zwróciliście uwagę, że nie piszę o wątkach zawartych w książce tak szeroko jak zawsze to robię. A no nie piszę, bo nie chce zanudzać.
Nie jestem wstanie wskazać czytelnika, któremu mogłaby się ta lektura spodobać. Do każdego typu zaraz w mojej głowie pojawia się zastrzeżenie.
„Jeśli niebo istnieje, Torrente Ballester siedzi w nim po prawicy Cervantesa” ( Jose Saramago ). W takim przypadku dla Cervantesa i wszystkich innych, którzy mieliby koło niego siedzieć ( przy Ballesterze znaczy się ) lepiej, żeby niebo nie istniało.
Wniosek jeden: Nie polecam.
09 Aug 2010