czwartek, 7 czerwca 2012


Szał na wampiry nadal trwa, choć powoli jego natężenie się zmniejsza. Nic zresztą dziwnego, ile można w końcu czekać na ruch Edwarda? Dużym dziewczynkom szybko nudzą się całusy w policzek i trzymanie za rączki. One potrzebują prawdziwego mężczyzny a nie chłopca na posyłki. Tu z odsieczą przychodzi Bones, twardy jak prawdziwe kości. Ale może zacznijmy od początku.

Cat jest pół człowiekiem-pół wampirem. Wraz ze swoimi przyjaciółmi pracuje dla rządowej agencji, której celem jest unicestwianie osobników zagrażających innym, będących jednocześnie krwiopijcami. Do tego jest córką wiecznie niezadowolonej i zrzędliwej matki oraz partnerką zabójczo przystojnego Bonesa, na którego widok niejedna mogłaby zemdleć. Między tą dwójką istnieje nieustanny pociąg seksualny, któremu dają ujście w najróżniejszych pozycjach, miejscach i sytuacjach.
Jak się zapewne domyślacie nie może być sielanki, za nicnierobienie też nie chcą płacić. Pojawia się problem, a nawet i kilka. Wraz z nimi pojawiają się również pytania o to, komu można zaufać, kto jest przyjacielem a kto wrogiem. Na niektóre odpowiedź przyjdzie sama, inne trzeba będzie odkryć w bolesny sposób.

To typowa książka dla dziewczyn – więcej tutaj miłości niż fantastyki, a wszystko pod przykrywką walki dobra ze złem. Autorka trzyma się obranej drogi, nie eksperymentuje ze swoim stylem. Niektóre wątki są niedopracowane, napisane powierzchownie – tutaj liczy chyba na inwencję czytelnika, która będzie napędzana nagromadzonymi przez lata wyobrażeniami.
Z pozytywnych aspektów można wymienić szybkie tempo akcji. Tutaj faktycznie nie można się nudzić. Wydarzenia dzieją się szybko i nie ma chwili zastanowienia nad tym czy to już gdzieś/kiedyś było.
Warsztat pisarski jest poprawny. Nie może się równać z mistrzami tego świata, ale też nie razi, nie odrzuca.
Choć nie straciłam czasu, to zdecydowanie uważam, że można było więcej i dużo lepiej. Przede wszystkim trzeba było popracować nad charakterystyką postaci. Te chodziły po wyznaczonych torach i nie w głowach im były bunty. Nie potrafiłam się zidentyfikować z nimi, ich rozterki wydawały mi się infantylne, płytkie. Na dłuższą metę drażniły, nie tego oczekiwałam od pracowników agencji rządowej, która z założenia ma być poważna.
Na koniec warto wspomnieć o poczuciu humoru. Jeśli już autorka zdecydowała się na ironię (której było dużo) czy też dowcip to one wychodziły i śmieszyły. Pozwalały odreagować wszystkie niedociągnięcia, łatwiej było przymknąć oko.

4 komentarzy: