sobota, 23 lutego 2013


    Przypadek. Jak wiele zmienia w naszym życiu. „Bycie w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie” – to sformułowanie często odnosi się do ludzi sukcesu. Chwila, która zmienia życie. Podważa wszystko, zmusza do przeanalizowania wartości i zdania o samym sobie. Nie bez powodu mówi się, że to spojrzenie mężczyźni może uskrzydlić kobietę i dodać jej odwagi. Tylko czy zawsze jest to odpowiedni mężczyzna?

Sofia i Tancredi. Różni ich status społeczny, możliwości, marzenia lub ich brak. Łączy niejasna przeszłość, która powraca niczym zły duch i rzutuje na to, co robią oraz kim są. Tańczą ze sobą, jakby bawili się w kotka i myszkę. Nie wiadomo, kto tak naprawdę poluje, a kto ucieka. Raz bliżej, raz dalej od siebie, ale zawsze w rytmie muzyki klasycznej.
Pojawiają się wybory. Zdrada czy może miłosierdzie. Kochanie czy nienawiść. Mierność czy szybowanie w przestworzach. Wierność zasadom czy sobie samej. Odpowiedzi są zaskakujące zarówno dla bohaterów, jak i czytelników.

Stali obserwatorzy bloga wiedzą, że prozę Włocha darzę ogromną sympatią, sentymentem i zawsze zbiera ona u mnie wysokie noty. Do tej pory jednak były to powieści młodzieżowe, gdzie elementy dorosłości były maksymalnie równoważne. Teraz przetłumaczono książkę kierowaną do pań starszych, doświadczonych życiowo i partnersko.

Ciężko mi było być obiektywną i nie neutralizować rzeczy, które u innego pisarza uznałabym za wady. A nie były to wyjątki.

Zacznijmy od samego pomysłu na fabułę. W 90% nie przedstawiono niczego nowego. Kobieta, która boryka się z życiem i mężczyzna, który chce ją z tego życia wyrwać i tym samym przychyla jej niebiosa do stóp. Przy okazji jest też multimilionerem, a egzotyczne wyspy może kupować jak przeciętny Kowalski bułki na śniadanie. Prezenty od niego muszą robić wrażenie, tak samo jak sam fakt zwrócenia uwagi „właśnie na nią”. Nie ma kobiety, na której takie zachowanie nie schlebi i nie poczuje się doceniona. Mówiąc zupełnie otwarcie, takim mężczyznom łatwiej jest rozkochać kobietę pokazując swój gest jako synonim tego, że im zależy. Prawda bywa jednak różna.

Sama Sofi jest bezczelnie denerwująca. Zupełnie inna od poprzednich bohaterek Moccii. Nie ma w sobie świeżości, energii życiowej, zalotności, o przejawy dowcipu też trudno. Jej mężem jest architekt poruszający się na wózku inwalidzkim po przebytym wypadku motocyklowym. Przez to Ona ma tendencję do samoukrzyżowania się. Poświęca się zdecydowanie bardziej niż powinna i jest to od niej wymagane. Zaprzepaściła swoją karierę, złożyła ją jako ofiarę na szpitalnym ołtarzu, kiedy mąż walczył o życie. Wydaje się, że to taktyka obronna, efekt dręczących wyrzutów sumienia i niechcianego szczęścia. Dom stał się jej klasztorem. Pojawienie się Tancrediego pozwala dostrzec kraty w oknach i szarość noszonego habitu. Zmiany są jednak kosztowe, ich efekty zaś odwrotne od zamierzonych. 

Tancredi żyje przeszłością, która przez większość książki jest niejasna. Poznajemy go przez mgliste wspomnienia o domu, w których się wychowywał, rodzicach, ukochanej siostrze. Nieprzystępny, niekiedy wyrachowany i bez skrupułów. Nieposiadający przyjaciół, trzymający się z dala od blasku fleszy. Anonimowy bogacz, którego jedyną zabawą jest życie, ludzie to pionki do manipulacji wedle własnego widzimisie. 
Mimo przewagi negatywnych cech wzbudza we mnie ciekawość, może nawet przychylność. Jak na „prawdziwą” kobietę przystało odczuwam chęć bycia Matką Teresą wobec niego. Choć nie znałam motywów jego postępowania, to wierzyłam, że są one „wystarczająco” usprawiedliwiające.

Książka ma tak naprawdę dwa zakończenia. To związane z Tancredim najprawdopodobniej zostało jedynie wymyślone/dodane w celu dodatkowego dreszczu emocji i wzmocnieniu wrażeń, bo tych najbardziej oczekujemy od książki. Nie zmienia światopoglądu, nie wywołuje niedosytu. Jedynie delikatnie pokazuje jak bardzo skomplikowane są relacje ludzkie, że przed pewnymi wyborami nigdy nie chcielibyśmy stanąć.
Drugie związane już ze wszystkimi bohaterami. Dowiodło mojej przychylności wobec autora i tego, że naprawdę chciałam mu uwierzyć. Z perspektywy czasu stwierdzam, że gdybym była bardziej czujna i trochę logiczniej myślała, to nie doznałabym zaskoczenia – choć bardziej adekwatne jest tutaj nagłe olśnienie.

Książkę czyta się niezwykle szybko. Lekkie pióro, do tego niewielka objętość. Odniosłam wrażenie, że autor dopiero zaczyna stąpać po nieznanym dotąd siebie gruncie, mimo swojego wieku. Często mówi się, że małe dzieci to mały problem i analogicznie do tego z dużymi powinien być on większy. A tu jest odwrotnie. Powieści o młodzieży były obszerne, pełnowymiarowe. Najnowsza jest uboga w dylematy albo zwyczajnie zostały one spłycone i ograniczone do niezbędnego minimum.

Na koniec warto zwrócić uwagę na tytuł, który został nieprawidłowo przetłumaczony. W rzeczywistości brzmi on: Mężczyzna, który nie chciał kochać. Racja – moim zdaniem – leży po stronie... tłumacza. „Nasz” wydaje się adekwatniejszy.

Nie polecę, ani nie odradzę tej książki. Sama nie czuję się pewna swojego zdania z powodu tej odmienności od poprzednich. Nie jestem w stanie powiedzieć na ile to jest „złe”, a na ile jedynie odmienne od mojego wyobrażenia/moich oczekiwań. Mogę jedynie doradzić zapoznanie się z wcześniejszą twórczością Moccii, by przypadkowo nie zrazić się do naprawdę dobrych książek.

3 komentarzy: