czwartek, 17 czerwca 2010



     Pisanie trylogii, sag i tym podobnych nie jest dla każdego. To wyjątkow0 ciężki kawałek literackiego chleba. Przy trylogiach zazwyczaj nie przejmuje się zwrotami akcji tak jak przy zwykłych powieściach. Wychodzę bowiem z założenia, że co by się nie działo to musi skończyć się dobrze, bo w jakim innym wypadku pisarz raczyłby nas kolejnymi tomami ? Nie zdarzył się jeszcze taki przypadek, gdzie byłoby inaczej. 
 Ten przypadek nie pomógł mi absolutnie w czytaniu kolejnych częściach trylogii Anne Bishop. Uczciwie przyznać muszę, że czytało się dużo sprawniej. Byłam zaprawiona już w tym bojach ze słownictwem i zależnościami między bohaterami. Ja wszystkie przekazy pani Bishop zrozumiałam. Widziałam trudy dorastania, aspekt prostytucji, ból gwałtu i próbę „powracania do życia”. Są też wybory towarzyszące tym wszystkim wielkim, wybory między tym, co dobre dla ludu a tym, co dla nas samych. I tak dalej i tak dalej. 
 Przy czytaniu trzeciej części miałam w myślach „ hip hip hurra, na reszcie koniec”. 

Mówiąc w bardzo dużym skrócie trylogia znudziła mnie niemiłosiernie, widziałam spore braki w stylu pisarki i łączeniu wydarzeń w jedną całość ( jak dla mnie nie zawsze spójną).  

Życzę wszystkiego dobrego bohaterom w czwartej części, tylko proszę już beze mnie. Bo ja pozostanę w mniejszości, która książki odłoży na półkę bez najmniejszego cienia żalu i tęsknoty.

1 komentarzy: