niedziela, 20 maja 2012



Najpiękniejszy Shrek świata. W tym stwierdzeniu nie kryje się wrogość czy złośliwość, bynajmniej. To wyraz szacunku, podziwu i ogromnej sympatii, jaką żywię do tego zawodnika. Rooney postanowił opowiedzieć swoją historię, więc zobaczmy jak mu to wyszło.

Przyznam szczerze, że moim zdaniem biografie młodych zawodników, którzy jeszcze nie skończyli kariery i nie są Messim nie mają większego sensu. Niestety, Leo jest zbyt skromny na to by powiedzieć, że jest od kogoś lepszy - nawet jeśli wiadomo, że jest - więc tym bardziej nie napisze o sobie książki. Świat za to toczy się dalej, piłkarze stają się idolami pop kultury i wykorzystują to poprzez zarabianie coraz większych pieniędzy.

Początek tej historii nie różni się od innych. Urodził się w biednej, robotniczej rodzinie. Nie był złym uczniem, nie był nawet rozrabiaką, na jakiego wygląda. Brak pieniędzy nie przeszkadzał w dobrej zabawie, miał przecież piłkę. Samuel Eto powiedział kiedyś, że dla dzieci w Afryce piłka jest szczególnie ważna, bo nie mają innych możliwości. To można przełożyć na grunt angielski, zaznaczając przy tym, że to Wayne nie widział dla siebie innej możliwości. Każdą wolną chwilę poświęcał na grą, każda część jego ciała lgnęła do piłki.

Miłość nie powstała z niczego. Cała rodzina Rooneyów była – i zapewne jest nadal – kibicami Evertonu. Dzień meczu był świętem, porażki zaś tematem tabu. Nic więc dziwnego, że wymarzoną szkołą dla przyszłego piłkarza była szkółka piłkarska jego ulubionego zespołu. To właśnie tam przygotowywał się do stawiania pierwszych kroków jako profesjonalny zawodnik. Nauczył się pierwszy trików, poznał blask reflektorów i posmak sławy. Następnie w niekoniecznie przyjemnej atmosferze przeszedł do Czerwony Diabłów i stał się jednym z najlepszych zawodników na świecie.

Nie samym futbolem człowiek żyje, nawet, jeśli jest piłkarzem. Rooney uchyla drzwi do swojej sypialni. Opowiada o początkach znajomości z żoną Coleen, pokazuje się jako facet do rany przyłóż. Bardzo mi się podobało, z jaką dumą opowiadał o tym, co robi zawodowo. Zaprzecza temu, że WAG ( angielski skrót na określenie żon i dziewczyn zawodników) musi być głupia, a jej jedynym zajęciem jest wydawanie pieniędzy na luksusowe ubrania i dodatki. Nie można powiedzieć, że nazwisko i znajomości męża pomogły Coleen w karierze, bo nie mamy dowodu na to, że bez niego jej życie potoczyłoby się inaczej w kwestii zawodowej. Jeśli nawet jej pomogło, to przecież nie można oczekiwać, że zamknie się w domu i będzie przykładną kurą domowa. Nie te czasy.

Pieniądze. Może nie jest w trójce najlepiej zarabiających sportowców, ale na ich brak na pewno nie może narzekać. Opowiada o nich bez skrępowania, bo też nie ma powodu by je czuć. Pracuje na nie ciężko. Wszelkie kwoty, które dla przeciętnego Kowalskiego wydają się astronomiczne, są jedynie dowodem na to, że ludzie chcą go oglądać i jest dla nich wyznacznikiem.

Oprócz swojej sypialni wpuszcza nas jeszcze do klubowej szatni. Tam nie brakuje śmiechu i dowcipów na temat ubrań. Na swoje szczęście nie musi się martwić o to, że ktoś mu je podkradnie. Dresowe bluzy nie są szczytem marzeń. Co innego Ronaldo...

Przyznam się szczerze, że tego byłam najbardziej ciekawa. Relacji angielsko-portugalskiej. Sam Rooney uznał, że wystarczająco długo był w cieniu. Krótko i  lakonicznie wspomina dawnego kompana z drużyny oraz odnosi się do pamiętnego meczu podczas Mistrzostw Świata. Wtedy to ten pierwszy dostał czerwoną kartkę, a drugi puścił oczko, co zostało pokazane na cały świat i wywołało burzę. Przypadkowy urywek w telewizji stał się początkiem gehenny dla młodego Portugalczyka, gdzie celowanie laserem w oczy było najmniejszym zmartwieniem. Rooney przedstawia tu swoją wersję wydarzeń i przekonuje, że wcale nie było konfliktu między zawodnikami, do którego tak bardzo chciały doprowadzić media.



Tak właśnie to wyglądało.

Oczywiście ja nie wierzę, że od początku do końca napisał to sam. Niewątpliwie skorzystał z pomocy jakieś ghosth writera, którego zechciał opowiedzieć swoją historię. Czy to źle? Nie. Nie trzeba umieć wszystkiego. Cieszy fakt, że zachowano poczucie humoru i dużą dozę ironii. Podczas lektury śmiałam się, może nie głośno ale jednak śmiałam się.

Sam Rooney odznacza się tu dużym dystansem do siebie. Widać, że posiada cechy najlepszych piłkarzy. Kocha to, co robi. Nie ważna jest stawka meczu, on zawsze daje z siebie wszystko i mobilizuje kolegów. Pod względem serca jest dla mnie angielskim odpowiednikiem Puyola, człowieka o lwiej fryzurze i jeszcze waleczniejszym charakterze.

Do książki dołączono zdjęcia, od maleńkości do momentu ukończenia 21 roku życia. Moje uczelniane koleżanki nie doceniły ich urody. Jednak dla mnie są pełne ciepła, nie sposób się nie uśmiechnąć. Wayne nie jest najpiękniejszym zawodnikiem na świecie, o czym świadczy początek tekstu. Daleko mu do Gerarda Pique czy nawet Messiego. Jest jednak mężczyzną i przez to można go oceniać pod względem charakteru. Tak więc ustalmy, że jest po prostu atrakcyjnie inteligentny. Co wcale nie będzie kłamstwem. Wg naukowców piłkarze są w 2% grupie osób, która posiada najwyższą moc mózgu. Nieświadomie wykonują tysiące obliczeń matematycznych, które pozwalają im odpowiednio ustawić swoje ciało. To niezbędne jeśli chce się grać na najwyższym poziomie:-)  


Pod pewnymi względami piłkę nożną można porównać do szachów. Zarówno jedni i drudzy starają sie zapamiętać schematy. Szachiści zapamiętują układy figur na planszy, zaś futboliści trenują stałe fragmenty gry by wiedzieć, który z nich zajmuje określoną pozycję na boisku i do którego ewentualnie będą mogli podać. 

Krótko o kwestii technicznej. Tłumaczenie jest niezłe, choć nie obyło się bez kilku wpadek stylistycznych. Gdzieniegdzie znajdą się też braki literowe lub podmianki jak np. stadiom zamiast stadion. Wybaczam, że Word nie wykrył. Mnie też nie wykrywa takich kwiatków. :-)
Książka ładnie wydana. Szkoda tylko, że nie zdecydowano się na skrzydełka. Bez nich okładka szybko się niszczy, a ja nie należę do osób, które lubią okładki ochronne z gazet itp.

Podsumowując:
Książka dla miłośników futbolu niezależnie od preferowanej drużyny. Zabawnie, lekko i ciekawie. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom, bo ta historia jeszcze długo nie będzie miała swojego zakończenia.

Młody Wayne jako maskotka swojej drużyny. Czyż nie uroczy? :-) [źródło]



Nie raz to właśnie Niemu ten pan obok mógł się tak cieszyć. Może tak było i tym razem? [źródło]


Cieszynka z bramki, a w tle Nani, Anderson i tysiące kibiców. [źródło]


Razem z żoną Coleen, na dobre i na złe. [źródło]




7 komentarzy: