poniedziałek, 14 stycznia 2013



    Ameryka od wieków wydaje się kopalnią złota, miejscem gdzie każde marzenie może się ziścić. Mit wyrosły na pracy wielu bezimiennych osób, często obcokrajowców, których najłatwiej było zepchnąć do podziemi, by tam pracowali za marne grosze w warunkach urągających wszelkim standardom. Wyjątki od reguły w swoich rodzinnych wioskach traktowane były z namaszczaniem godnym Boga. Ale czy ten sam szacunek uzyskali na obczyźnie, w kraju, na którego bogactwo tak naprawdę pracowali?

„Na złotej górze” to bogato opisane drzewo genealogiczne rodziny See.
Prapradziadek Lisy See przybył do Ameryki, by leczyć swoich krajanów jako zielarz. To właśnie on w czasach, kiedy budowano pierwszą kolej, zapoczątkował osiedlenie się rodu. Następni byli synowie. Wśród nich najważniejszym był Fong See, żywy przykład porzekadła tym, że ostatni będą niegdyś pierwszymi. Posiadający nieprzeciętny zmysł handlu, inteligencje emocjonalną i przede wszystkim niebojący się pracy. Od niewielkiego zakładu produkującego bieliznę do sieci sklepów z antykami wszelakiej maści. Stabilizacja finansowa pozwoliła mu nie tylko na osiedlenie się, ale też i na założenie rodziny z rodowitą Amerykanką. Wychowując dzieci na swoich następców, którymi stali się w naturalny, choć nie do końca pożądany sposób.

Lisa See udowadnia, że najlepsze scenariusze pisze życie. Miłość i społeczne uprzedzenia, bunt nastolatków, pieniądze, przepych, zachłanność i skąpstwo, dalekie podróżne. W obliczu jego kunsztu można jedynie pokłonić głowę i posypać ją popiołem.

Historia rodu See sięga wielu rozgałęzień. Można podziwiać każdego, kto potrafiłby z pamięci wymienić wszystkie zależności. Pełno tu ciotek, wujków, rodzeństwa przyrodniego, teściów, kuzynek, kuzynów i postronnych, którzy odegrali swoje role w życiu rodzinny.
Tworząc sagę swojej rodziny autorka stworzyła również książkę o Ameryce. Rzecz jasna subiektywną i wybiórczą, ale jakże potrzebną i dającą mgliste pojęcie o dawnych dziejach.

Przyznam, że początkowo miałam obawy związane z objętością. Jak się szybko okazało, zupełnie bezpodstawnie. Mogę śmiało powiedzieć, że przeczytałam książkę na jednym wdechu, pochłonęła mnie w całości.

Piękny i jednocześnie swobodny język. Doskonała charakterystyka bohaterów. Pozwolę sobie nie oceniać rozwoju poszczególnych wątków, bo to nie zasługa pisarki – jeśli przyjmiemy, że zajęła jedynie rolę zdolnej kronikarki.

Dużym plusem i ułatwieniem dla czytelnika było umieszczenie graficznego drzewa genealogicznego oraz map, dzięki którym łatwiej było zobrazować drogę, jaką musieli pokonywać państwo See. Pomocna jest również galeria zdjęć. Bo przecież trzeba sobie powiedzieć uczciwie, że dla większości Europejczyków ludzie pochodzenia azjatyckiego wyglądają tak samo, a jedyną „charakterystyczną” cechą są skośne oczy.

Negatywy? Nie dowiedziałam się niczego o kulturze chińskiej, na co miałam dużą nadzieję. Doszło do prawie całkiem asymilacji, a jedynymi przejawami orientu była chińska dzielnica – a trzeba zaznaczyć, ze została ona utworzona z przymusu władz.
Ostatni rozdział jest zbyt skoncentrowany. Wydawało się, że autorka spojrzała na maszynopis obok i stwierdziła, że jest już zmęczona pisaniem, a liczba stron zadowoli wydawnictwo. Zaczęła się gnać przez wszystkich, dotąd niewymienionych, członków rodziny. Po tym galopie jestem w stanie powiedzieć, że większość z nich osiągnęła wyższe wykształcenie i zajmuje wysokie pozycje zawodowe.

Podsumowując:
Czyta się jak powieść. Niekiedy ciężko uwierzyć, że wszystko wydarzyło się naprawdę. To historia o zamerykanizowanych Chińczykach, którzy tradycję wyrażają w wychowaniu i szacunku, próżno szukać jej innych przejawów. Jedyną praktyczną wiedzą wyniesioną z lektury będzie ta o prawie, rasistowskich ustawach i sposobach na ich obejście.

1 komentarzy: