niedziela, 25 kwietnia 2010

     Włochy to drugi, po Francji , kraj w którym czuje się jak ryba w wodzie. Uwielbiam ich Jedzenie, język, mentalność "boskiego Alvaro", wywołującą nieograniczone pokłady uśmiechu na mojej twarzy. Nic więc dziwnego, że po raz kolejny sięgnęłam po lekturę odwołująca się do tradycji włoskiej, jak i mentalności samych Włochów.
Po raz kolejny również rozczarowałam się książką tego typu. Brutalnie powiem, że Ci wszyscy, którzy uważają, że książka opisuje prawdziwych Południowców, do słonecznej Italii jeździli palcem po mapie.
Bohaterowie powieści są mocno zamerykanizowani, czyli po prostu nijacy. Gdzieniegdzie przypisano im kilka cech, które wyjątkowo utożsamiamy z gorącym temperamentem, ale daleko tutaj do całej osobowości. Postać nr 1 książki ? Valentine, tudzież Valentina nie różni się niczym od swoich półkowych koleżanek. Jest tak samo zagubioną starą panna, która nagle dostaje oświecenia na temat tego, co chce w swoim życiu robić. Wtem wstępuje w nią duch Aresa i zaczyna się walka w wyścigu do tytułu Kobiety Roku, a może nawet i stulecia.
Postać wykreowana przez pisarkę była tak stereotypowo nudna, że nie wzbudzała jakichkolwiek uczuć, a to chyba najgorsze co może przytrafić się autorowi. Wylewania dalszych pomyj na całą familię sobie zaoszczędzę, bo szkoda na to czasu. Kolejny minusem książki jest styl Trigiani. Fabuła jest nadzwyczajnie w świecie przegadana. Bez problemu można by odjąć 100-150 stron. Niełatwym zadaniem przez to jest docenieni poczucia humoru ( o ile w ogóle ono tam jest) reklamowanego przez wydawców. Nieszczególnie miałam potrzebę widzieć, jakie kolory ma tapeta, kapa na łóżku, czy blat stołu kuchennego. Na odwrocie okładki możemy przeczytać, że Valentine odkrywa w sobie artystkę. Nie dzieje się to bynajmniej przy pomocy tych "cudów natury", które ją otaczają a które pisarka tak skrzętnie opisuje. Oświecenie jak zawsze spada z nieba, zresztą jak wszystko, co ją spotyka. Ciężko mi wskazać rzeczy, na które sama zapracowała od początku do końca.
Oczywiście nie obyłoby się również bez facetów. Ci jak zawsze idealni i chwytający za serce. Tak idealni, że aż nierealni i znowu... nudni jak flaki z olejem. Żaden z nich nie miał prawdziwej duszy włoskiego amanta. I to ma być książka o Włochach?!
Zakończenie jest zawsze dla książki ostatnią deską ratunku. Jeśli zaskakuje czytelnika, on wybacza jej wszystkie poprzednie przewinienia. Niestety Pani Trigiani wprost z tonącego okrętu wskoczyła do dziurawej szalupy. Bo jak inaczej nazwać sztampową, iście hollywoodzką konwencję, w której główna bohaterka albo zostaje ideologiczną singielką, albo panną młodą wyglądającą jak beza. Bez względu na obraną drogę na końcu zawsze zobaczymy napis ?happy end?. Autorka wybrała populizm. Teraz Wy zdecydujcie czy chcecie poświęcić Jej swój czas.

9 komentarzy: