piątek, 9 kwietnia 2010

     Jakże łatwo przychodzi nam mówienie, że dla ukochanej osoby zrobilibyśmy wszystko. Śniadanie do łóżka, wakacje marzeń, wizyta u mało przyjaznych teściów - nie ma sprawy. Wystarczy przecież jedno spojrzenie tych oczu, jeden gest tych dłoni i jedno słowo tych ust, a rzeczy niemożliwe zdają się nie istnieć. A co jeśli nasza wyśniona połówka nie zauważa zupełnie naszego istnienia? Jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć w grze o miłość? Ile barier i granic jesteśmy w stanie obrócić w pył, byle tylko być szczęśliwym? Czasem może być naprawdę wybuchowo, jeśli wcielimy się w pewną Mademoiselle -piękną i demoniczną niczym femme fatale....
Książka o banalnej tematyce miłości napisana w bardzo niebanalny sposób. Całą historię opowiada Carlotta, dawna wychowanka Mademoiselle. Chociaż jest już dorosłą kobietą doskonale udaje jej się wrócić pamięcią do dziecięcych uczuć i przekonań. W młodości była pełną uroku, przekory i inteligencji dziewczynką. Była również w pełni wpatrzona w swoją guwernantkę, oszałamiającą  Francuzkę, za którą 99% mężczyzn na świecie dałoby się pokroić. A Ona? Cóż... Nie różni się niczym szczególnym od pozostałych kobiet. Jest tak samo przewrotna i pragnie jedynie tego, czego nie może posiadać, w tym przypadku strażaka. Ów strażak nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie ma, bowiem zniewalającej urody, pozycji społecznej, majątku. Ale czy to nie właśnie zakazane owoce kuszą? Na jej przykładzie można stwierdzić, że " Miłość to religia z najmniejszą wspólnotą wiernych"* .Pisarka zgrabnie kreśli portrety kobiet i relacje między nimi samymi. Nie mogło, więc zabraknąć wzajemnej rywalizacji, porównywania siebie na tle innych, sztucznej uprzejmości oraz zazdrości.
7 pożarów... Liczba 7 powszechnie uważana za szczęśliwą, ale czy naprawdę tak jest? Niekoniecznie (Zainteresowanych zapraszam do Anhelli. Ona już odrobiła swoją lekcję z tego tematu. Ja jeszcze się uczę :-) ). Ostatni pożar jest równie przewrotny i wybuchowy jak natury głównych bohaterek.
Czytam tą recenzję już po raz 10 i czegoś mi w niej brakuje. Tym czymś jest głębia, którą staram się wynosić z książek a potem w miarę swoich możliwości przekazywać ją dalej m.in. w recenzjach. Czytanie tej książki można porównać do spacerku przez mały górski potok. Przyjemne i orzeźwiające, ale krótkie. Z drugiej strony przecież nie każda książka musi porywać i chwytać za serce oraz umysł. Dlatego czepiać się nie będę, za to o wielkim plusie powiem. Mało komu w dzisiejszych czasach udaje się napisać zaskakujące i niebanalne zakończenie romansu. Esther Vilar to potrafi a na dodatek jeszcze pobudziła wyobraźnię wraz z apetytem na kolejną historię w jej wydaniu. Ja na pewno z prozą pani Vilar jeszcze się spotkam, a Wam polecam na krótkie wieczory zapomnienia z kieliszkiem wina w ręku.

P.S. Ktoś z Was może powiedzieć, że jestem przewrażliwiona, ale znowu pani tłumacz się nie popisała. Ponieważ Mademoiselle ma nauczyć dziewczynkę francuskiego w książce pojawia się dużo francuskich zwrotów bądź krótkich zdań. I tak mamy zdanie: „ Mais, si, il est sympa...”**, które zostało przetłumaczone na „ Ależ tak, jest sympa....”**. Owo słowo „sympa” oznacza miłego bądź sympatycznego. Może, nie jest to poważny błąd, ale ponieważ obdarzam zaufaniem tłumacza chciałabym by dobrze wywiązywał się ze swoich obowiązków. Choć nie wykluczam również wdarcia się zwykłego chochlika. Do reszty tłumaczeń większych zastrzeżeń nie mam, dlatego potraktujcie to jako małą „ciekawostkę”. :-)

* "7 pożarów Mademoiselle" Esther Vilar, str. 100
** Tamże, str. 22

4 komentarzy: