sobota, 19 marca 2011

     Jedna z niewielu książek o kobietach, którą przeczytałam z prawdziwą przyjemnością.
Było inteligentnie, ciepło i zabawnie. Postacie nakreślone przez autorkę są wielowymiarowe. Z każdą można się w jakimś momencie utożsamić, każdą można zrozumieć a jednocześnie potrafią powodować u czytelnika uczucie złości, myśli typu „ależ ona głupia”.
Ta lektura pozwoliła mi zastanowić się nad istotą kobiecości. Jakie są atrybuty „prawdziwej kobiety”? Dziecko, markowe ubrania, udany seks, kochający mężczyzna konto z kilkoma zerami? Czy może to wszystko potrzebne na raz? Czy faktycznie damska przyjaźń zawsze podszyta jest zazdrością? Czy rzeczywiście najlepiej jest, kiedy tej drugiej osobie podwinie się noga a my będziemy mogły mieć pożywkę dla swojej ciekawości?
Pisarka pokazała również jak ważne jest oddzielenie przyjaźni od związku z partnerem. Kiedy po raz setny dzwoni telefon w środku nocy należy powiedzieć „stop” lub ponieść konsekwencje zaniedbywania intymności małżeńskiej tak jak zrobiła to jedna z bohaterek?
Za ich pomocą przekazuje prawdę starą jak świat mianowicie, że najciemniej jest pod własną latarnią. Bardzo łatwo pragnąć tego, co posiadają inni a nie doceniać tego, co sami posiadamy, kiedy niejednokrotnie jest o wiele lepsze, choć nieprzeliczalne.
Lucinda Rosenfeld zabiera Nam złudzenia na temat tego, że jesteśmy płcią mądrzejszą i piękniejszą. Jednocześnie jednak przychodzi do Nas dużym kubkiem gorącej czekolady, który pomaga przełknąć tą gorzką prawdę.
Wisienką na torcie zaś jest lekkie pióro dzięki, któremu czytanie zajmuje nie więcej niż 3-4 godziny.

Zdecydowanie polecam. Nie dajcie się zwieść tej krzywdzącej okładce. Zamysł fotografa, choć dobry to zdecydowanie źle wykonany, ze słabo dobranymi rekwizytami/ butami.

Na dodatkową zachętę cytat:
„... w życiu nie chodzi o to, kto będzie pierwszy na mecie. Wręcz przeciwnie, skoro meta oznacza śmierć.”

P.S. Lekturę czytałam delektując się lodami o smaku owoców leśnych Przepis ze zdjęciem tutaj.

3 komentarzy: