piątek, 30 marca 2012



Przypadek. Tak w skrócie można nazwać wybory dwóch różnych osób, które przecinają się w jednym punkcie. Czasem jest to szczęśliwe zdarzenie, a czasem nie.

Paul jest stolarzem. Praca nie jest regularna, ale gdy dostaje zlecenie, to zwykle jest ono sowicie wynagradzane. Podczas jednego z takich zleceń poznał Kate. Była (?) alkoholiczna, matka 8 letniej Ruby, autorka jednego z bestsellerów o tematyce religijnej – choć tak naprawdę jej główną religią jest partner, przedstawiony jako przystojny, wręcz boski.
Will. Człowiek zagubiony, ucieka przed swoimi wierzycielami. Boi się własnego cienia, a jedynym towarzyszem niedoli jest pies.

Ich wybory prowadzą do jednego z parku. Will wychodzi na spacer z psem, którego z niewiadomych powodów zaczyna bić. Na jego drodze pojawia się Paul, który chciał odetchnąć po ciężkim dniu. Zwraca mu uwagę, rozpoczyna się wymiana zdań, która przechodzi do rękoczynów. Pierwszy zostaje okryty tarczą, drugi nie chce podnieść swojej i z nią odejść. Gdy w końcu odchodzi zamiast tarczy bierze psa. Tym samym rozpoczyna się droga okupiona cierpieniem, poczuciem winy i poszukiwaniem kary.

 Książka przede wszystkim psychologiczna, muśnięta wątkami z gatunku thrillera. Podczas pytania rodzi się wiele pytań, na które nie zawsze łatwo znaleźć odpowiedź, o ile w ogóle jest to możliwe. 

Z charakterów najlepiej wypada tutaj pies. Zaś najbardziej irytująca była Kate. Jej religia opiera się na przyjmowaniu tego, co dobre (wg niej samej) i odrzucaniu tego, co niewygodne i trudne do spełnienia. Zamiast się modlić woli uprawiać seks, a 10 przykazań to lektura zepchnięta w najciemniejsze zakamarki pamięci i przykryta metrową warstwą kurzu. W kwestii panów najlepsze będzie milczenie.

Czytało się trudno, choć język, którym posługuje się autor jest prosty, Słowa naładowane dużym ładunkiem emocjonalnym wręcz przytłaczały i sprawiały, że odczuwałam potrzebę odłożenia książki na bok. Nie ma tu szybkiej akcji, zamiast tego marazm – moje ulubione słowo ostatnich czasów.

Scott Spencer w swojej książce chce pokazać różnice między dobrem a złem, że linia je oddzielająca jest – jeśli w ogóle istnieje – krzywa. Nie ma sytuacji czarno-białych. To zdecydowanie na plus, tylko że inni robią to lepiej. Nie prowadzono tutaj nowej jakości, nowego spojrzenia – a przynajmniej ja takiego nie dostąpiłam, być może nie byłam godna.

Styl pisarza jest na tyle charakterystyczny i jednostajny, że można pójść do księgarni, przeczytać kilka stron i zdecydować, czy to lektura napisana dla Was.

1 komentarzy:

Unknown pisze...

Nie cierpię, gdy główni bohaterzy mnie irytują, więc raczej sobie odpuszczę.