Przyznam się szczerze, że dość ciężko było mi się wczuć w książkę. Nie jestem zbyt społeczną osobą. Zainteresowanie ograniczam do tyłka swojego i Tych najbliższych mojemu sercu. Zwierzęta lubię, niektóre nawet kocham, ale uczciwie powiem, że nie poświęcam się ich ochronie ( podpisy pod petycjami się nie liczą).
Książka zaś na pierwszy rzut jest poświęcona tak naprawdę obronie wilków, ich prawa do życia. Tak jak napisałam wcześniej Katarzyna jest zdeterminowana by osiągnąć ten cel. Jak dla mnie czasem trochę za bardzo nawet, jednak bez tego straciłaby wiarę i szybko uznałaby racje innych.
Inni... To zdecydowany minus tej książki. Za mało relacji międzyludzkich, które nie tyczyłyby się zwierząt. Katarzyna wyjeżdża w Bieszczady. Wraz z dwoma nieznajomymi dzieli chatę w stanie dalekim od ideału. Nie ma tam ogrzewania, prądu a nawet normalnej toalety o prysznicu nie wspominając. Oczywiście ona to znosi bez szemrania, a nawet się przyzwyczaja do tego. Wiadomo, bez tego nie byłoby, po co pisać książki.
Panów, z którymi mieszka, czyli Marcina (Kluneja) i Olgierda nie sposób jest poznać, nie sposób wejść do ich środka by obcować z duszą. Miałam wrażenie, że są w zasadzie pionkami, dzięki którym bohaterka poznaje las i jego mieszkańców.
Zdziwiło mnie to, że relacje są bardzo oschłe. Główna bohaterka jest zawsze Katarzyną, co najwyżej Kaśką, ale nigdy nie Kasią nawet dla własnego ojca. Utrzymuję bardzo duży dystans wobec świata, jakby czegoś się bała, była skrzywdzona i nie chce tego przeżywać ponownie. Żałuję, że pisarka nie zdecydowała się na rozwinięcie tego wątku. Pomogłoby to w zrozumieniu jej zachowania, jej ucieczki przed miłością. Gdy chodzi o relacje damsko-męskie jest niedojrzała, sama nie wie, czego chce i najlepiej, żeby wszystko było zrobione za nią.
Zupełnie inaczej jest, gdy przebywa z wilkami. Mieszkańcy wsi nazywają ją „Tańczącą z wilkami”. Na widok tych drapieżników jej serce chciałoby wyskoczyć z klatki piersiowej.
Pisarka przelała na papier jedno z własnych doświadczeń:
"Książka ta „pisała się" w mojej głowie od chwili, kiedy jako czternastoletnia dziewczynka wysiadłam na stacji Karwica Mazurska w Puszczy Piskiej. Ojciec objął właśnie leśnictwo w Karwicy, miałam zostać odebrana z pociągu, ale nikt na mnie nie czekał. Nie wiedziałam, że do wioski jest dobrych kilka kilometrów. Było jesienne popołudnie i ledwie ruszyłam przed siebie, nie bardzo wiedząc, czy idę w dobrym kierunku, zapadł zmierzch. W pewnej chwili zobaczyłam przed sobą kilka ciemnych sylwetek przecinających drogę. Znieruchomiałam, ale trzeba było iść dalej. Do samego domu wydawało mi się, że po obu stronach drogi widzę ogniki wilczych oczu, że wilki mnie prowadzą."*
Katarzynie również towarzyszą wilki w drodze do chaty, umacniając przy tym jej przekonanie o ich wyjątkowości. One pozwalają jej się obserwować, z niezwykle bliskiej odległości zupełnie jakby łączyła ich nić porozumienia. Mają fenomenalny węch, być może też są wstanie określić po tym emocje, jakie rządzą człowiekiem. Podczas tego doświadczenia prowadzi dziennik. Nudny i nijaki. Jedyne szczęście w tym, że większość czytelników posiada wyobraźnię, więc przed oczami będzie miała wilki, bez tego chyba można by zasnąć.
Brakowało zwrotów akcji, zaskoczenia. Pisarka w tej powieści dość nieumiejętnie dawkuje napięcie. Właściwie przez 240 stron pisze jednakowym nijakim stylem.
Długo trzeba by się zastanawiać nad tym, co właściwie pisarka chciałaby Nam przekazać biorąc na warsztat wilki. Szacunek, hierarchia, to, że w każdym z Nas jest zarówno dobro jak i zło. Tylko czy to są aż tak wielkie odkrycia by sięgnąć po tą książkę? Odpowiedź na to pytanie zostawiam Wam. Na pewno ktoś z Was zechce sprawdzić czy moja recenzja jest prawdziwa albo skusi się na książkę, bo podziela pasję Kasi.
Do mojego serca nie trafiła, ale też nie od dzisiaj wiadomo, że serce mam z kamienia. :-)
Jeśli jesteście zainteresowani to zapraszam do księgarń. PREMIERA KSIĄŻKI WŁAŚNIE DZISIAJ.
*Maria Nurowska, http://www.wab.com.pl/