środa, 29 sierpnia 2012


    Okres mojego dojrzewania przypadł na erę boysbandów. Z dzisiejszej perspektywy są one kiczowate, sztuczne – maszynki do zarabiania pieniędzy. Wtedy owi panowie byli bożyszczami nastolatek, wyznaczali trendy i byli głównymi – a niekiedy i jedynymi – kandydatami na przyszłych małżonków. Czas pokazał, że bez osobowości i całe zaplecza ludzi za sobą tylko jeden z nich mógł zrobić prawdziwą karierę. Justin Timberlake. Niewątpliwie zapisał się w historii muzyki współczesnej. Ambicje, jak wiadomo, rosną... Więc nasz kochany Justin postanowił zostać aktorem. Mówiąc szczerze, daleko mu do statusu posiadacza Oskara, ale całkiem przyjemnie się ogląda.

Zacznijmy jednak od początku. Justin gra dyrektora artystycznego, którego skuteczna headhunterka ściąga do Nowego Yorku, by objął stołek w GQ. Poza analitycznym umysłem i dobrym wyczuciem sytuacji, on sam wygląda jakby wyjęty z okładki pisma (na której przecież nieraz bywał we własnej osobie, znaczy jako Justin). Jest pewny siebie, ambitny wygadany. Doskonale identyfikuje się z firmą i tym samym sprawdza się w swojej pracy.
Headhunterkę gra Mila Kunis. Przyznam, że pani ani mnie ziębi ani mnie grzeje. Po prostu jest. Wypełnia swoje zdanie, odhacza punkty w scenariuszu. Zgrabnie i powabnie partneruje Justinowi – nie przytłacza go, ale też nie stoi w jego cieniu pod względem aktorskim.

Fabuła. Amerykańskie komedie romantyczne to specyficzny gatunek filmowy, gdzie zwykle ma być „na bogato”. Tu również nie o było się bez tego. Jednak ten przepych i pewna naiwność w stosunku do zbiegów okoliczności zupełnie nie raził. Być może to kwestia lokalizacji. W końcu gdzie, jeśli nie w NYC mają się spełniać marzenia?

W tytule widnieje słowo „seks”. Był. Gdyby zechcieć policzyć procentową ilość scen miłosnych, to pewnie uzyskalibyśmy znacząca ilość. Ale paradoksalnie, owe sceny w pamięci widza (a przynajmniej mnie) schodzą na dalszy plan. Czasem było zabawnie, czasem romantycznie, początkowo nawet mechanicznie. Jednocześnie nie odarto z tego z intymności, która łączy dwoje ludzi. Na pierwszy plan tej historii przebija się uczucie (Nie uznaję tego za spojlerowanie, bo przecież każdy wie, na czym polega komedia romantyczna i jaki ma przebieg od początku do końca.).

To tylko seks/Friends with benefits to ciepła, zabawna i niegłupia komedia. Nie umoralnia, ale daje do myślenia. Pokazuje, że nie zawsze jest łatwo zaufać, oddać siebie. Jednocześnie w życiu nie ma rzeczy niemożliwych, a szczęście nie oznacza przenoszenia złotych gór. Czasem wystarczy tylko piękny widok z odpowiednią osobą u boku. 


    Dawno, naprawdę dawno temu... Były sobie programy, które potrafiły zgromadzić całą rodzinę przed telewizorem i nie jest to bajka, choć postawie występujące na szklanych ekranie rzeczywiście były nie z tej ziemi. Świat jednak się zmienił, rodzice odeszli od telewizorów. Programy jak dzieci, gdy tylko nie ma nadzoru pałaszuje się niezdrowe i nieposiadające witamin cukierki. Nastała era Hanny Montany i tym podobnych księżniczek Disneya. Ktoś zatęsknił za tymi czasami i postanowił przywrócić jeden z takich programów, a dokładnie to ponownie przenieść go na duży ekran. Tak powstały „Muppety”.

Nie wiem jak Wy, ale ja nie jestem miłośniczką odgrzewanego kotleta. Wydziela się tłuszcz, panierka jest miękka, samo mięso wydaje się gumowate. Da się zjeść, ale będzie to danie ciężko strawne, które się odchoruje.
Jedynym dobrym momentem tego filmu był fakt wykonania, oskarowej zresztą, piosenki. Poza tym było nudno, zbyt słodko, zbyt mdło, zbyt nijako.

Fakt, że obecnie dzieci oglądają Hannę Montanę nie oznacza jeszcze, że obecnie uwierzą i można mieć za brata Muppeta. Do tego pokazywany jest skrzywiony wzorzec mężczyzny, który w wieku lat 30 (?) nadal śpi w długiej pasiastej piżamie, przymałym łóżku i pokoju dzielonym z bratem pacynką.

Zwykle w filmach dzieci teksty są dla dorosłych. Przemycane są powiedzonka, aluzje polityczne a nawet seksualne. Tu nie było niczego takiego. Nie uśmiałam się z niczego. Zapłakać mogłam tylko nad marnością swojego losu, że przyszło mi oglądać ten film.

Film trwa półtorej godziny. W trzy godziny przeczytacie swojemu dziecku historię, która będzie zabawna, przyjazna i posiadająca sensowny morał. Bo tu zamiast tego znajdziecie historię, która została opowiedziana już bardzo temu, nakreślona na schemacie znanym od starożytności i trikami wykorzystywanymi milion produkcji wstecz. 

     Och, dlaczego ja obejrzałam ten film?
 Sam pomysł stworzenia komedii romantycznej, gdzie główna akcja rozpoczyna się dopiero po śmierci najbliższych przyjaciół wydaje się już dość sadystyczny. Jeszcze bardziej sadystycznie robi się, gdy do odegrania głównej roli kobiecej zatrudnimy K. Heigl. Wydaje się, że ona nie ma innej miny poza tą, która odsłania jej śnieżnobiałe zęby - a to z kolei nijak ma się do opłakiwania przyjaciół. Więc po co to robić? Lepiej zminimalizować owe sceny do niezbędnego minimum. Na potwierdzenie tych słów stwierdzam, że nie ma ani jednej sceny podczas której Heigl wyglądałaby źle. W normalnym życiu strata przyjaciółki i obsadzenie w roli pełnoetatowej matki (i to wcale nie chrzestnej) nie równa się codziennym wizytom u makijażystki i dwugodzinnym posiedzeniom u fryzjera. Czy widział ktoś cukierniczkę, która nie piecze? W każdym szanującym się filmie taka postać musiałaby odegrać chociaż jedną scenę, w której piecze i dekoruje ciastka, a nie tylko wyjmuje torty z nieoznakowanych kartonów.
 
Postać Erica to w zamyśle ciepły facet, który pozoruje się na pełnoetatowego dupka, obchodzi go jedynie zaliczanie panienek i mecze koszykówki. Jakby tego było mało, jak na Amerykę przystało, on też zawsze wygląda świetnie i rozpala kobiece ( i nie tylko) serca. Nie to, żebym chciała go od razu wyrzucać z łóżka, gdyby już się przyczłapał, ale są lepsze sposoby na lansowanie urody.
 Film jest przewidywalny do bólu. Naprawdę, momentami boli - sztuczość aż razi po oczach. Poważne tematy, ludzkie dramaty, zostały spłycone, że bardziej się nie da.
 Och, jak dobrze, że to już koniec. Nigdy więcej.

5 komentarzy: