Do pewnych książek trzeba dorosnąć, nie tylko po to by je zrozumieć i się zachwycać, ale przede wszystkim żeby krytykować. Takim autorem jest dla mnie J.L. Wiśniewski. Nazywany powszechnie znawcą kobiecej duszy, a obecnie również i z tego powodu krytykowany na łamach nowego kwartalnika Agory.
Moje pierwsze spotkania z Jego prozą nie były najmilsze. Niby mi się nie podobało, ale w głębi duszy gdzieś czułam się mała przy osobie, która jest kreowana na wielki autorytet w sprawach wszelakich, na dowód tego mają służyć stale przytaczane tytuły naukowe, które zdobył. A ja? Początkująca studentka, dojrzewająca dziewczynka.
Los (?) sprawił, że na nowo się spotkałam z panem Wiśniewskim. Tym razem jako studentka i bardziej świadoma siebie kobieta, a przede wszystkim kobieta z dużo bardziej powiększonym zasobem wiedzy.
„Arytmia uczuć” to wywiad rzeka, o wszystkim i o niczym.
Po głębszym zastanowieniu się, „przetrawieniu” książki pierwszym słowem, które nasuwa się na myśl jest „świadomość”. Pan Wiśniewski to bez wątpienia człowiek o ogromnej wiedzy i inteligencji, którą potrafi wykorzystać. Wie doskonale, dlaczego, Jego książki sprzedają się w tak dużych nakładach i jeszcze długo sprzedawać się będą. Zna swój wizerunek, który kreuje w książkach i który media chętnie przytaczają. Tak samo też przedstawia siebie w tym wywiadzie.
Sprawia wrażenie, że jest niezwykle szczery a nawet i wylewny. Pięknie opowiada o uczuciach, w dodatku o uczuciach rodzicielskich, które na panie (w tym i na mnie) szalenie działają. W kwestiach intymnych jest szarmancki, dyskretny i jednocześnie szalenie męski, ale w tym dawnym tego słowa znaczeniu.
Obowiązkowo również przytacza statystyki, wyniki eksperymentów, artykuły i przeczytane przez siebie książki. Robi to w sposób inteligentny, adekwatnie do sytuacji, zdarza mu się też powiedzieć dobry żart, czasem owe przytoczenia są niezwykle celną puentą wypowiedzi. Wszystko to robi wrażenie, bo Polska to kraj, w którym w większości kobiety są bardziej ambitniejsze, lepiej wykształcone od mężczyzn. Jeśli więc mężczyzna potrafi zaimponować kobiecie to jest już „ktoś”.
Niestety wyżej wymienionej ambitności nie wykazała Dorota Wellman. Przyznam się, że w ogóle nie pamiętam ani jednego zadanego przez nią pytania, co znaczy, że żadne nie było celne, wnikliwe czy też drążące temat. Jest dla mnie tłem, nazwiskiem, które ma zwrócić uwagę czytelnika podczas wizyty w księgarni. Żałuję niezmiernie, bo uważam ją za świetną dziennikarkę. Może program śniadaniowy, który prowadzi uciął jej skrzydła? Może przyzwyczaił, że trzeba szybko, krótko i na temat?
Przyznam się, że kiedy czytałam tą książkę byłam pełna podziwu dla autora, żeby dopełnić swój stan ekstazy od razu zaczęłam czytać „188dni i nocy”, czyli zbiór korespondencji pomiędzy pisarzem a Małgorzatą Domagalik. Zastanawiałam się, gdzie się podział ten człowiek, którego pamiętałam? Jak to możliwe, że Taki mężczyzna pisze takie książki? Trochę czasu jednak minęło, zachwyt delikatnie opadł. Pozostała jednak pewność, że chętnie wybrałabym się z panem Januszem na dobrą kolację przy jeszcze lepszym kieliszku wina. To człowiek, który potrafi mówić i przede wszystkim wie, o czym mówi.
Warto przeczytać, niezależnie od sympatii literackich.
Na zachętę cytat, który mnie urzekł i który pewnie nie raz będę przytaczać w rozmowach z mężczyznami:
„Jeżeli ktoś coś wie o kobietach, to wie, że nie powinien być kobieciarzem, jeśli chce być przez nie szanowany.”