czwartek, 16 czerwca 2011

 
      Czasem zdarzają się lektury, po których zmienia się wszystko. Czujemy się jakbyśmy nagle dostali nowe narządy zmysłów. „Zapachy miast” to właśnie jedna z tych pozycji.
Autor już od pierwszej chwili uwodzi i drażni naszą wyobraźnię. Czytelnik dosłownie jest wodzony za nos. Zapach to coś więcej niż zwykle stwierdzenie, że jest truskawkowy, przyjemny lub odpychający. Dzięki niemu możemy przenosić się w jednej chwili do najodleglejszych miejsc na kuli ziemskiej. Niekiedy też pozwala nam się poczuć jak w domu. 
W tej książce nie ma konkretnego wątku. Nigdy niewiadomo, co spotka pisarza za kolejnym zaułkiem, w kolejnej restauracji. 

Muzea, piękne sklepy i inne hity turystyczne warte są poznania jednak nie poznamy dzięki nim specyfiki miast. Czasem trzeba zrobić dzień odpoczynku, usiąść w jednej z paryskich kawiarenek i pozwolić płynąć czasowi, upajając się przy tym aromatem kawy oraz maczanych w niej rogalików. Nie bez powodu przywołuje tutaj Paryż. To miasto, które kocham każdym centymetrem swojego ciała i duszy. Gdybym, choć na jeden dzień mogła wejść do umysłu Dawida Rosenbauma, podczas którego tworzył z pewnością właśnie tak opisałabym miasto miłości.


Podobało mi się, że wartością nadrzędną w tej książce są ludzie, zarówno Ci znani jak i zaobserwowani ukradkiem. Pozwolę sobie tutaj zacytować fragment, który urzekł mnie swoją prostotą i pozostawił uśmiech na twarzy:
„Przy stoliku obok małżeństwo z dziećmi. Przed chwilą byli na zakupach w pobliskiej Galleries Lafayette, bo każde z nich ma przy swoim krześle po kilka paczek i toreb. Rozmawiają, żartują, śmieją się i wyglądają na szczęśliwą rodzinę. Dopiero, kiedy mężczyzna nalewa do szklanki colę, uprzednio włożywszy do niej cały palec, a kobieta błądzi dłonią po stoliku w poszukiwaniu cukiernicy, orientuję się, że oboje są niewidomi Nastoletnia córka podsuwa matce cukiernicę, chłopak na głos czyta komiks – oni widzą. Kelner przynosi zamówione dania i w tej samej chwili jak na komendę chłopiec i dziewczyna podnoszą się ze swoich miejsc. Bez słowa podają rodzicom serwetki i sztućce, szepcząc coś do uszu. Być może tłumaczą, gdzie na talerzu leży mięso, po której stronie położono frytki i ostrzegają przed ozdobną, francuską chorągiewką wetkniętą w środek steku. Nie robią nic więcej. Wracają na swoje miejsca i zaczynają jeść.”*

Pióro D. Rosenbauma jak można zauważyć wyżej jest niezwykle lekkie, przyjemne i sugestywne. Bo czy nie uśmiechnęliście się przed chwilą? Czy nie pomyśleliście, że życie to piękna „rzecz”? Jestem przekonana, że tak.
„Zapachy miast” to przewodnik niezwykły, bo szczery. Pisarz nie robi tutaj reklamy drogim kurortom, nie zachwyca się każdym napotkanym kwiatkiem, nie usiłuje wmówić czytelnikowi wielkiej przemiany duchowej. Pokazuje rzeczy takimi, jakie są, a nie zawsze bywa pięknie jak w bajce. 
W momencie pisania tej recenzji przyszło mi do głowy, że książka powinna być wydana w formie audiobooka. Treść można by przyrównać wtenczas do muzyki klasycznej, którą moim zdaniem najlepiej słucha się w ciemnym pokoju, leżąc z zamkniętymi oczyma. Wtedy wyczuwa się najmniejsza drgania, zmiany nastroju, a wyobraźnia szaleje wytwarzając, co rusz nowe obrazy.
Polecam, naprawdę warto.

*”Zapachy miast” D. Rosenbaum, wyd. Elipsa, 2011, str. 56-57

9 komentarzy: