poniedziałek, 4 lipca 2011

    Mówi się, że jeśli coś jest dla wszystkich to w rezultacie jest dla nikogo. Postaram się dzisiaj udowodnić, że czasem zdarza się wyjątek.
    „Londyński bulwar” to lektura dla panów ponieważ:
Bohaterowie nie stronią od brutalnej przemocy (wybaczcie mi te posługiwanie się stereotypem, ale jednak na widowni walk bokserski nadal przeważają mężczyźni), potrafią siarczyście zakląć. Pokazany został również specyficzny rodzaj przyjaźni, bo funkcjonującej w relacjach męskich. Panom o wiele łatwiej i szybciej przychodzi załatwienie swoich porachunków, pozbycie się negatywnych emocji i tym samym oczyszczenie wspólnych relacji.
    „Londyński bulwar” to lektura dla pań ponieważ:
Główny bohater imieniem Mitchell nie stroni od ich wdzięków, a każda z nas lubi być doceniania. Ma cechy opiekuńcze, na które zawsze zwraca się uwagę i które dodają kilka punktów, do ogólnej klasyfikacji. Mitch jest draniem, ale za to jakim! Inteligentny, przystojny, brawurowy. Bez wątpienia można poczuć się poczuć niczym Jane w ramionach Tarzana, u niejednej też wyzwoli syndrom Matki Teresy.
    „Londyński bulwar” to w końcu i przede wszystkim lektura dla moli książkowych lubiących dużą dawkę emocji oraz nieprzewidywalną fabułę. Styl Kena Bruena jest charakterystyczny, od pierwszego momentu nie pomylicie go z nikim innym. Pisze w sposób oszczędny łącząc to jednocześnie z dosadnością. Ma tendencję do wyodrębniania słów poprzez wyliczanie ich kolejno pod sobą, co daje efekt podwójnego wzmocnienia. Bohaterowie są wieloznaczni,  choć z każdą strona czujemy, ze wiemy o nich coraz więcej, to jednocześnie stale odnosi się wrażenie, że coś umyka, że brakuje środkowego puzzla, bez którego żaden obraz nie będzie pełny i idealny. Jak już pisałam wyżej akcja jest nieprzewidywalna, Bruen łączy wątki uczuciowe z kryminalnymi, dzięki czemu czytelnik odnosi wrażenie, że jest na najlepszej  kolejce górskiej w swoim życiu. 

2 komentarzy: