czwartek, 13 września 2012



Śmierć dziecka jest największym bólem dla rodzica. To wbrew naturze, kompletnie nielogiczne. Wydaje się, że to jedna z nielicznych sytuacji, których nie sposób opisać całościowo. Są jednak autorzy, którzy stawiają sobie wyzwania i poprzeczki bardzo wysoko.  Jedną z takich osób jest Joy Fielding, właśnie śmierć dziecka jest fundamentem jej powieści „Teraz ją widzisz”.

Marcy Taggart przeżywa jedną tragedię po drugiej. Samobójstwo córki, w które nie może uwierzyć skutkuje rozwodem, przed rozwodem jest jeszcze zdrada z jej następczynią - instruktorką golfa. Małżeństwo się rozpadło, pozostała jednak wykupiona wcześniej wycieczka do Irlandii, gdzie para miała świętować swoją rocznicę. Kobieta nie ma większych zobowiązań, więc postanawia wykorzystać zarezerwowane już miejsce. Wyrusza do kraju św. Patryka i rozpoczyna tym samym zawirowaną część fabuły. Próba pozbycia się żalu i cierpienia zamienia się w poszukiwania córki, którą wypatrzyła siedząc w jednym z wielu pubów. Pojawiają się pytania, czy samobójstwo nie było próbą ucieczki. Jeśli tak, przed czym uciekała młoda dziewczyna? Żadne śledztwo nie może się udać bez pomocy osób postronnych, tu też nie jest inaczej. Przy boku rozwiedzionej Marcy pojawiają się mężczyźni, na których ramieniu może się zawsze wesprzeć. Czy ramiona okażą się wystarczająco silne, by pomóc się utrzymać na nogach w obliczu zaskakujących wniosków...

Na samym początku przyznam, że czytanie było dla mnie prawdziwą męczarnią. Szczerze obawiałam się o zdrowie psychiczne głównej bohaterki, do czego miałam pełne podstawy – wszak w jej rodzinie owe zaburzenia miały miejsce. Czasem zdarza się, że chore umysły są fascynujące i odczuwa się nie do końca niezrozumiałą satysfakcję przy ich poznawaniu. Tu tak nie było.
Oprócz przypuszczalnej choroby sfera duchowa Marcy prezentuje się dość mizernie. Nie podoba mi się, że autorka posłużyła się schematem i koniecznie chciała przekazać kobietom, że rozwód to nie koniec świata. Mało tego, ze swojej bohaterki zrobiła wręcz symbol seksu. Oczywiście, rozwód to nie koniec świata. Jednak, albo jest się w żałobie/rozpaczliwie poszukuje się córki, albo chodzi się na randki. W prawdziwym życiu połączenie obu sytuacji zdarza się niezwykle rzadko i raczej są to wyjątki potwierdzające regułę.
Pozostali stanowią tylko niezbyt wyraźne tło, w zasadzie nikt inni nie zapadał mi w pamięć. Zapewne byli ci dobrzy, jak i ci źli. Niestety pani Fielding nie otoczyła ich należytą opieką, przez co nawet nie potrafię przypomnieć sobie ich imion.

Fabuła. Przemyślana, choć mało zaskakująca, po pewnym czasie nawet przewidywalna. Pod koniec zdarzyło się to, co zdarzać się nie powinno. Miałam poczucie zmarnowanego czasu i byłam zła na autorkę za takie, a nie inne zakończenie.

Ponoć Joy Fielding jest autorką wielu znakomitych książek, które czytelnicy zakupują od przeszło 20 lat. Ja mam ochotę zapomnieć o tej na najbliższe 20 lat. Przykro mi. Sięgacie na własną odpowiedzialność.


6 komentarzy: