wtorek, 18 września 2012



W byciu kibicem nie ma nic pragmatycznego i logicznego. To kalendarz wyznaczony terminarzem klubu. Fascynacja sięgająca niekiedy zenitu, obraza klubu równa się obrazie najbliższego członka rodziny. Ludzie mogą przychodzić i odchodzić, klub jest zawsze i wszędzie. Tak właśnie wygląda świat Nicka Hornby’ego, który możecie poznać czytając „ Futbolową gorączkę”.

Historia, która potwierdza, że po czymś złym może przyjść dobro. Rozwód rodziców nie jest niczym przyjemnym, wtedy jeden z nich w większości przypadków staje się tym weekendowym. Gdzie zatem można zabrać 11 letniego chłopca, by nie musieć z nim rozmawiać? Oczywiście, że na mecz piłki nożnej. To właśnie tu początkowa niechęć przemienia się w najwierniejsza i najdoskonalsza miłość, której będzie wierny aż do końca swoich dni. Opisuje czas od młodzieńczości aż do dorosłości, a każde wydarzenie/każdy rozdział tej książki kojarzy z konkretnym meczem.

Hornby miał na swój sposób ogromne szczęście, że mógł dorastać i obserwować futbol, w którym pieniądze nie miały tak wielkiego znaczenia. W bardzo dokładny i zabawny sposób oddaje atmosferę, jaka miała miejsce wokół tego sportu, wszystkie zaszłości między klubami.
Oprócz pięknej strony futbolu trzeba również opowiedzieć o tej złej – np. o rasizmie, którego do dzisiejszego dnia nie udało się całkowicie wyeliminować nawet z największych stadionów na świecie. A skoro już mowa o stadionach... Za pomocą trybun i miejsc, w których siedział/stał możemy zaobserwować jak zmieniały się etapy jego życia i nie mógł tego procesu w żaden sposób cofnąć.

Znamienny dla tej książki jest fakt, że tylko niewielu ludzi zasługuje na to by wymienić ich z imienia. Oczywiście wyjątek stanowią gracze Kanonierów, oni nie tylko mają imiona, oni mają tego nazwiska. Tego szczęścia nie miała niestety dziewczyna autora czy matka (na którą w dość zabawny sposób wściekał się, gdy ta pozwoliła mu samemu jechać na mecz poza miastem – paradoksów w tej książce nie brakuje). Nawet z samego siebie tworzy bezimiennego autora, choć dzisiaj z całą pewnością możemy mówić, że jest to książka autobiograficzna. Być może chciał dzięki temu opisać oddzielny gatunek, jakim są fanatycy i pokazać, że w rzeczywistości ta „choroba” u wszystko ma takie same objawy.

W przypadku Nicka bycie kibicem objawia się pewnym masochizmem. Doskonale by się nadawał na kibica polskiej reprezentacji. Dlaczego? Otóż dopinguje ich nawet, gdy ma pewność przegranej. Mało tego, ma z tego przyjemność – wszak dokładnie przewidział, że tak właśnie się stanie. Szały radości są jeszcze większe, bo tak rzadkie – w tamtych czasach Kanonierzy nie byli wybitnymi piłkarzami, a już na pewno nie utrzymywali formy na stałym poziomie.

Czy jest to książka dla osób, które nie mają wiele wspólnego z piłką nożną? Tak. Oczywiście, że nie zapamiętacie nazwisk. Bądźmy jednak szczerzy, ja większości też nie znałam i nie zapamiętałam. Być może opisy akcji kończących się gole nie zrobią na Was większego wrażenia. Za to unikatowe, ironiczne poczucie humoru już tak. Wiele sytuacji wydaje się lekko ubarwionych, wręcz nieprawdopodobnych... ale to w nich tkwi siła. Nie sposób się nie śmiać, gdy ponoć ukochana dziewczyna mdleje, a równie ukochany mężczyzna zwraca uwagę jedynie na boisko. Ta książka pozwoli Wam zasmakował atmosfery i choć odrobinę zrozumieć tych kosmitów, na jakich zwykle wyglądają kibice.

Podsumowując:
Napisana z ogromnym poczuciem humoru i pasją historia chłopca, który stał się mężczyzna. A to wszystko z pomocą piłki nożnej – najwspanialszego sportu na świecie.

7 komentarzy: