niedziela, 21 listopada 2010

   Wreszcie coś nowego” pomyślałam sobie czytając pierwsze strony powieści „ Tłumaczka”.
Ucieszyło mnie, że na początek nie ma nieszczęśliwej kobiety, próby zbrodni honorowej etc. Za to jest kobieta wykształcona, co prawda smutna, ale jednak pracująca. Zawód tłumaczki jest dla niej ucieczką od bolesnej przeszłości, w której straciła męża i syna.
Nie wiem jak Wam, ale mnie często wydawało się, że w kulturze islamskiej kobieta ma wartość dopóki posiada męża. W momencie zostania wdową staje się nikim, jakby założyła pelerynę niewidkę i jedynym sposobem zdjęcia jej jest ponowne wyjście za mąż.
Tak też jest z główną bohaterką imieniem Sammar. Przemykała między ludźmi niezauważona, choć i ona nie stara by ją zauważyć. Żyje od jednego tłumaczonego tekstu do drugiego i czasem tylko wkrada się wspomnienie dawnego życia.
Początek książki jest odzwierciedleniem stylu życia Sammar. Nie bardzo wiemy, o co chodzi, dlaczego bije od niej melancholia. Gdy jednak zdecydujemy się poświęcić swój czas pisarce okazuje się, że był to wstęp do ładnej, spokojnej opowieści o narodzinach miłości, poświęceniu, wyborach, wyobcowaniu.
Kiedy zmienimy miejsce zamieszkania dla dawnych przyjaciół stajemy się legendą, którą lubią opowiadać ale niekoniecznie chcą ponownie zacieśniać więzy. Już nie jesteśmy wśród swoich, nie omawiamy codziennych boleści w kolejce do kasy, nie uczestniczymy w pogrzebach i ślubach.
Treść książki pozwala na zastanowienie się nad tym gdzie jest granica między miłością a wiarą. Religia kontra ateizm czy jest wyjście, które nie będzie impasem? Czy mamy prawo prosić o „nawrócenie” czy też odejść z bólem? Czy mamy prawo prosić o życie w grzechu?
Podobało mi się, że oba stanowiska przedstawione równorzędnie. To od nas zależy, które wybierzemy. Kiedy był przedstawiony czas modlitwy, to po prostu był czas modlitwy, Nic więcej ani mniej. Wszystko, co tyczyło się wiary, bo częścią powieści. Nie ma w niej nawracania, straszenia piekłem etc. Sprawnie też pokazuje różnice między Światem islamu a angielską rzeczywistością.

Opowieść Leili Abouleli można porównać do wielkiego drzewa, które ma wiele gałęzi. Po nich porusza się wiewiórka i czasem znajduje koniec, który prowadzi do nikąd jednak całościowo owo drzewo jest domem a dodatkowo pięknie wygląda.
Na próżno szukać tutaj scen chwytających za serce, do czego ten rodzaj literatury Nas przyzwyczaił. Można czasem mieć wrażenie, że opowieść toczy się swoim życiem i nie zabiega o to by mieć czytelników. Może tym właśnie należy tłumaczyć narastającą chęć czytania? Przecież zakazany owoc smakuje najlepiej.
Przekonajcie się sami czy miłość naprawdę wszystko wybaczy i wszystko pokona.

2 komentarzy: