niedziela, 21 listopada 2010

         Boże chroń mnie przed sąsiadami. Przynajmniej przed tymi z powieści Anny M. Rędzio.
Miało być trochę psychologicznie i trochę zabawnie. Miało być... W zamian za to było nudno i niesmacznie.
Charakterystykę bohaterów przytoczę z noty wydawniczej, bo wydaje mi się, że mówi wszystko a przemęczać się zamiaru nie mam skoro sama autorka tego nie zrobiła.
Tak, więc:
„Poznajemy starsze małżeństwo, niewidzące świata poza serialami telewizyjnymi, parę obsesyjnie zabiegającą o dziecko, młodą kobietę, której nic nie jest w stanie odwieść od marzeń o karierze w show-biznesie, i jej męża, członka warszawskiego gangu. Jest tu też zaciekły wróg feministek, skrycie pożądający wyzwolonej paparazzy, która traktuje mężczyzn wyłącznie jako źródło zaspokojenia seksualnego. Bohaterowie są sąsiadami, którzy, na co dzień szczerze się nie znoszą lub w najlepszym razie są sobie obojętni. Pewnego dnia jednak w ich części klatki pojawia się nietypowy problem, który muszą razem rozwiązać.”

Wydaje się, że autorka poszła na łatwiznę. Wybrała sobie cechy, wyolbrzymiła je i tyle. Bohaterowie są płascy, nie ma w nich głębi. Nie ma zdarzeń, które pozwoliłby się zatrzymać i powiedzieć: „ To przecież o mnie, ja też tak robię. Nie miałam pojęcia, że to złe.”.
Historia nie zaskakuje. Jeśli opisujemy życie ludzi mieszkających w jednym bloku i tak niespecjalnie przepadających za sobą, nie utrzymujących ze sobą kontaktów poza dyplomatycznym wycedzonym przez zęby „dzień dobry” to siłą rzeczy coś w tym budynku musi się zdarzyć by ich połączyć. Tak też dzieje się w powieści, bo pojawia się grzyb. Dalsza część możecie dopowiedzieć sobie sami. Zapewniam to nie trudne.
Język... Prostacki, bo tacy też są bohaterowie. Cenie sobie naturalizm, ale tutaj to, niesmaczy i to bardzo. Nie podobało mi się, że próbuje się, że mnie zrobić osobę podobną do bohaterów, czyli lekko mówiąc głupią. Chciałabym, żeby traktowano mnie poważnie i kiedy postacie oglądają serial to, żeby była to „Moda na sukces” a nie jak powieściowa „Moda na szczęście”. Chciałabym, żeby ta wredna aktorka była Agatą Buzek a nie Agatą Busek.
Autorka pisała tak jakby trochę była w ciąży, a trochę nie była. Niby coś chce, niby ma jakąś myśl a wychodzi jak zawsze, czyli nic.
Tymże miłym akcentem zakończę na dziś swoje wypociny.
Życzę miłego wieczoru.
Ciao.

1 komentarzy: