sobota, 27 sierpnia 2011


    Lato to czas, w którym każdą możliwą chwilę najchętniej wykorzystuję przebywając na świeżym powietrzu. Siadam wtedy na tarasie, biorę do ręki książkę i dbam o to by na stoliku nie zabrakło mi pysznych przekąsek oraz dobrze schłodzonego wina. Ciepły wiatr otula moje ciało, a muskające mnie promienie słoneczne wprost zapraszają do flirtu z nimi. Wtedy też najbardziej pożądaną lekturą jest ta, która zabierze mnie do jednego z ulubionych miejsc na świecie - do Francji. Nic więc dziwnego, że podczas jednej z takich chwil sięgnęłam po książkę Patricii Atkinson pt. „W dojrzewającym słońcu. O kobiecie, która stworzyła winnicę”.
    Przyznam, że tego typu pozycje są dla mnie specyficznym gatunkiem literackim. Właściwie scenariusz zawsze przebiega w podobny sposób, więc rozróżniać można tylko przez wykonanie. Co znaczy „podobny sposób”? Znalezienie cudownego domu (który w istocie przysparza więcej problemów niż można by stwierdzić na pierwszy rzut oka), perypetie językowe, trudności finansowe, które zmuszają do ciężkiej pracy oraz pomocni sąsiedzi, służący zawsze dobra radą i uśmiechem.
    Przejdźmy do wykonania. Pani Atkinson pisze lekko i z humorem. Znajdzie tutaj mnóstwo bardzo sugestywnych opisów zarówno przyrody jak i czynności, dzięki którym na naszych stołach może gościć nektar bogów. Dzieli się z czytelnikami swoimi obawami jak i radościami, jednocześnie zachowując dozę prywatności. Jak w każdym życiu uśmiech przeplatany jest wilgocią policzków. 
Akcja toczy się wartko, dzięki czemu czyta się wyjątkowo szybko, wręcz błyskawicznie. Niestety nie obyło się bez wpadek. Tu nie tyle, co odjęłabym słowa, a je dodała. Zdarzało się, że autorka opisywała sytuację, której zakończenie było krótkie i lakonicznie, w momencie, kiedy ja oczekiwałam pełnego rozwinięcia. 
    Na okładce książki widać cytat z Guardiana, który oznajmia, że to powieść o „la vrai vie rustique francaise”. Gwoli wyjaśnienia to książka opisuje dawną Francję, którą dzisiaj w większości można podziwiać w skansenach. Czytając tą książkę należy pamiętać, że akcja dzieje się 20 lat wcześniej, a jak wiemy na własnym przykładzie świat idzie do przodu, udogodnienia tanieją i sprawiają, że hodowla własnych zwierząt lub warzyw zwyczajnie się nie opłaca. 
    Ostatnie i najważniejsze – wino, to ono jest, bowiem bohaterem tej książki. Daje utrzymanie i satysfakcje, zabierając przy tym resztki sił. Kiedy myślałam o jego produkcji, zawsze wyobrażałam sobie wielkie fety, ugniatanie gron bosymi stopami. Tymczasem to praca od świtu do nocy, pielęgnuje się najmniejszy listek. Trzeba dbać by były odpowiednio nawożone, by nie były za duże etc. Pisarka dzieli się tutaj z czytelnikami ogromem wiedzy, robi to stopniowo, czyli tak jak sama powiększała swój zasób informacji. Nie stawia się jednak tutaj w roli eksperta, choć zapewne ma obecnie wiedzę o wiele większą. Zamiast tego oddaje tutaj hołd tym, którzy służyli jej radą, którzy dopingowali i pomagali od pierwszych chwil. 

    Podsumowując:
    Przyjemna lektura na poprawę humoru. Urzekające widoki połączone z opisem ciężkiej pracy i ludzkiej życzliwości. 

4 komentarzy: