wtorek, 13 lipca 2010


       Przeczuciu czasem warto dać się ponieść szczególnie w przypadku, gdy jest tak mocne jak moja chęć przeczytania książki „Matka Ryżu” Rani Manickiej.
Rania zaskakuje pomysłem, otula zmysły zapachami, rozum zmusza do myślenia a serce do odczuwania.
Bohaterowie nie są jedynie słowami na kartach powieści. Przez większą część lektury odnosiłam wrażenie, że postacie mówią do mnie w tzw. 4 oczy. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że wszystkie opowieści były kierowane do wnuczki przedstawicielki rodu, a potem do jej córki. Zazwyczaj na początku książki poznajemy adresata wyznań, choć absolutnie nie można nazwać wadą.
Po raz kolejny moje europejskie wychowanie dało o sobie znać. Trudno było mi pojąć jak można wyjść za mąż w wyniki kilkunastu lat za obcego człowieka, który na domiar złego Nas oszukał i przy tym wszystkim próbować być szczęśliwą. Jak widać, nie zawsze liczy się osiągnięcie celu czasem ważniejsze jest samo podjęcie wyzwania.
Rania pokazuje jedną historię oczami kilku ludzi. Jak można się domyślić każda z tych relacji zupełnie odbiega od pozostałych, a przecież wystarczyłoby porozmawiać. W tym przypadku to właśnie rozmowa a nie milczenie jest na wagę złota. Bohaterowie są zapatrzeni w siebie, swoje radości i smutki. Nie obca jest im zazdrość, złość, nienawiść oraz miłość, choć z tego ostatniego zbyt późno zdają sobie sprawę.
Większości z Nas amnezja kojarzy się z całkowitą utrata pamięci, tego wszystko, co było przed wypadkiem itp. W rzeczywistości to nie jest utrata, lecz jedynie trudności z wydobyciem informacji, które gdzieś są, co autorka zgrabnie wykorzystała. Pokazała, że choć byśmy nie wiem jak chcieli nie jesteśmy w stanie odciąć się od swoich korzeni, one zawsze w nas są, choć nie zawsze jesteśmy tego świadomi. W każdym człowieku również możemy odnaleźć element łączący kulturowo. Malajczycy czczą swoich Bogów, wierzą w przesądy – wbrew pozorom ich mentalność jest podobna do naszej. Nie ważne jak Bóg się nazywa ani czy świętym zwierzęciem jest krowa bądź czarny kot. Robią to z tych samych powodów, co Europejczycy.
Podobało mi się wykorzystanie motywu historycznego w postaci okrucieństwa Japończyków w czasie drugiej wojny światowej. Tu również „ludzie” pozostali niestety tylko „ludźmi”.
Ludźmi ze skłonnościami do największego okrucieństwa nazywając je pomocą.
Wojna była w pewnym momencie motorem napędzającym akcję a jednocześnie zostawała usunięta w cień by pokazać całą gamę uczuć. Był strach, rozpacz, nienawiść, ale też i miłosierdzie, wybaczenie, zrozumienie, wyrzuty sumienia.
Gdyby bohaterowie byli ludźmi z krwi i kości to jestem przekonana, że ich opowieści były ukojeniem dla duszy swoistym katharsis.
Pamiętajcie, że niezależnie od wieku, pochodzenia, majątku, czy koloru skóry należy wsłuchiwać się w dźwięk naszego bambusa :

„Siedząc na kolanach wuja, handlarza owocami mango, pierwszy raz usłyszałam zdumiewającą opowieść o zbieraczach ptasich gniazd na dalekich Malajach. Śmiało wspinali się setki stóp w górę bez latarek, po gnących się tyczkach, by dotrzeć, do sklepień górskich jaskiń. Obserwowani przez duchy tych, którzy spadli w objęcia śmierci, niebezpiecznie wysoko nad ziemią śięgali po smakołyk bogaczy - gniazda ulepione z ptasiej śliny. W ciemnościach nie wolno było wypowiedzieć słów: strach, upadek krew, bo, odbite echem, mogły skusić złe duchy. Jedynym przyjacielem zbieracza gniazd jest bambusowa tyczka. Nim zacznie się po niej wspinać, stuka lekko w bambus, a gdy ten smutno westchnie, natychmiast go porzuca. Jedynie wtedy, gdy bambus zaśpiewa, zbieracz gniazd ośmiela się podjąć wspinaczkę. Wuj powiedział, że moje serce jest moim bambusem - jeżeli będę je dobrze traktować i włucham się w jego pieśń, to wdrapię się najwyżej i zdobędę największe gniazdo.” *


Każda stronica tej powieści jest naładowana emocjami, dlatego jestem przekonana, że trafi do każdego, choć niekoniecznie umie go to, co mnie ujęło.
Polecam ogromnie.

* „Matka Ryżu” Rani Manicka wyd. Albatros

3 komentarzy: