niedziela, 18 września 2011

    W chwilach, gdy muszę zacząć pisać recenzję słabej książki odzywa się we mnie anielska dusza, wewnętrzny głos, który chce się upewnić czy aby na pewno przemyślałam swoją decyzję. Ostatnim razem odpowiedziałam mu: Owszem, przemyślałam mój drogi i nadal obstawiam przy swoim. Niestety, ale „Ja, anielica” pani Katarzyny B. Miszczuk nie spełniła pokładanych w niej nadziei.
    Wiktoria, obecnie nadzwyczajnie zwyczajna mieszkanka Ziemi, niegdyś wysłanniczka piekieł. Studentka jednej z warszawskich uczelni, bezgranicznie zakochana w całkowicie niepozornym osobniku płci przeciwnej, Piotrusiu. Jej dzień najprawdopodobniej zaczyna i kończy się myślą o nim, zaś wszystko inne w porównaniu z nim jest jedynie namiastką marnej egzystencji. Próbując podsumować i scharakteryzować jej osobowość mogłabym powiedzieć, że mamy doczynienia tutaj z klasycznym przykładem nastolatki zakochanej na „śmierć i życie”. Zapewne w niedalekiej przyszłości zostałaby matką i żoną gdyby nie tajemniczy przystojniak, który podstępem przywraca jej moce piekielne. Wiki wraca, więc do piekieł a następnie wraz z dawnymi przyjaciółmi wybiera się do Nieba. Jaki cel temu przyświeca? Tego musicie już dowiedzieć się sami. 
    Druga część serii utrzymana jest dokładnie w tym samym klimacie, co poprzednia. Z przykrością jednak stwierdzam, że wyobraźnia pani Miszczuk zatrzymała się w miejscu. O ile przedstawienie Piekła w formie Los Diablos było świeże i zabawne, o tyle Niebo jest nudne, nijakie i szalenie stereotypowe. Próbowano sprawić by postać fajtłapy, Piotrusia, ewoluowała w kierunku prawdziwego mężczyzny, lecz zmiana imienia na pierwotną formę to zdecydowanie za mało. Pozostali bohaterowie tak samo jak wyobraźnia autorki, ich temperamenty, zachowania jak i wzajemne relacje nie ulegają żadnej poważnej zmianie. Dodatkowo miałam wrażenie, że pisarka operuje dokładnie tym samym schematem rozwoju akcji i rozwiązaniami sytuacyjnymi, co szczególnie widać w momencie zakończenia. Na usta aż ciśnie się rada: Droga Autorko, zamiast odgrzewać schabowego lepiej go podać jak zemstę – na zimno. 

    Podsumowując:
    Kiedy czytałam o wysłanniczce Lucyfera ubranej w skórzany strój, co chwila się śmiałam, zaznaczyłam dziesiątki cytatów. Tutaj zaś dobre żarty i riposty były na wagę złota a cytatów można by szukać jak igły w stogu siana, bez skutku.
Dla Diablicy byłam gotów zarwać noc, Anielicy mogłabym, co najwyżej poświęcić nudny wykład.

3 komentarzy: