wtorek, 13 marca 2012



Czasem zupełnie zwyczajna czynność staje się największym marzeniem. Nie zawsze można ubrać się i wyjść, gdy coś nam się nie podoba. Czytając ten wstęp pewnie pomyślicie „Co za truizm!”. Teoretycznie będziecie mieć rację, ale praktycznie takie sytuacje naprawdę mają miejsce. Najlepszym tego przykładem jest V.C. Andrews „Kwiaty na poddaszu”.

Chris, Cathy, Cory i Carrie to rodzeństwo Dollangangerów. Na świat przyszli w kochającej się rodzinie, niestety nie było im dane cieszyć się tym zbyt długo. Po śmierci ojca muszą przenieść się do posiadłości bogatych dziadków, których nigdy wcześniej nie mieli okazji poznać i wbrew pozorom ten stan nie ulegnie szybko zmianie. Z powodu rodzinnej tajemnicy, przez którą dziadek nie wie o ich istnieniu, zajmują mały pokoik na poddaszu. W porannych godzinach muszą być ciszej niż mysz pod miotłą. Jedzenie przynosi im babka, lecz na próżno szukać u niej najmniejszych oznak czułości, uśmiech na jej twarzy gości jedynie podczas zadawania bólu swoim podopiecznym – słowo „wnukom” byłoby dużym nadużyciem.
Matka rodzeństwem pod wypływem bogactwa (tylko dzieci żyją na wygnaniu) ze statecznej kobiety staję się na powrót nastoletnią trzpiotką, zachłysnęła się swoimi przywróconymi możliwościami. Z dnia na dzień staje się jedynie mglistym wspomnieniem zamiast prawdziwym wsparciem.

Pani Andrews napisała przejmującą historię, która wzrusza i przeraża jednocześnie. Tytułowe kwiaty to w istocie mali bohaterowie, Widzimy jak się rodzą, jak dorastają, powoli puszczają pierwsze pąki, czasem uda im się rozwinąć płatki. Tak jak kwiaty nie mogą żyć bez wody, tak dzieci nie mogą zdrowo rosnąć bez świeżego powietrza i naturalnego światła. Czas powoduje usychanie.

Odizolowanie od społeczeństwa sprawia, że jedynym źródłem wiedzy stają się książki oraz telewizja. Wygnanie to szkoła życia, starsze dzieci stają się rodzicami dla młodszych. Siłą rzeczy rodzą się uczucia kazirodcze, to dzięki sobie nawzajem poznają reakcje fizjologiczne.
Nie będę pierwszą, która powie, że najbardziej denerwująca była postawa matki. O ile zachowanie ojca –ze względów kulturowych – moglibyśmy spróbować racjonalnie wytłumaczyć, o tyle odwrócenie ról kłóci się z naszą wizją świata, przyjętymi wzorcami zachowań.

Postacie są dobrze naszkicowanie pod względem psychologicznym. Przechodzą wszystkie stadia uczuciowe, których moglibyśmy oczekiwać. Przyczepić można się jedynie do perspektywy czasowej, akcja była za bardzo rozciągnięta. Przypominanie o upływających dniach było rysą zrobioną na szkle, ujmowało realności, na której powinno zależeć autorce.
Natomiast sam pomysł i sposób rozwoju sytuacji robi wrażenie, mimowolnie utożsamiałam się z rodzeństwem, trzymałam za nich kciuki.

 W tej książce jest coś magicznego, uzależniającego. Jak zawsze, gdy bohaterowie stają się bliscy, chcemy wiedzieć jak potoczą się ich losy, więc tym samym czytamy z zapartym tchem wyczekując końca. Podobało mi się, że pisarka nie chce zadowolić czytelnika najbardziej oczekiwanym rozwojem akcji, wybiera rozwiązania trudniejsze, dotykające sfery moralnej. Po skończeniu czytania nie można tak po prostu odłożyć książki na półkę i wyjść z uśmiechem na spacer, jednocześnie jednak widok słońca będzie przyjęty z ulgą.

6 komentarzy: