Długo zwlekałam z napisaniem tej recenzji. Szukałam słów, które mogłyby oddać mój zachwyt i jednocześnie pasowałyby do tematyki wybranej przez Changa-Rae Lee.
„Kiedy ulegnę to książka, która wkradła się do mojego serca i niekiedy sprawiała, że pękało na miliony kawałków, nie dając przy tym żadnej recepty na klej, którym mogłabym ponownie je złączyć. Pisarz w niezwykle przejmujący sposób przedstawia dotąd nieznane większości oblicze wojny. To już nie są jedynie statystyki przytaczane przez gazety. Wojna to ludzie, ich historie i cierpienie, rany, które będą im towarzyszyć do końca życia. Widać, że każdy człowiek nosi w sobie jądro ciemności, które wyjdzie na zewnątrz jeśli tylko będą sprzyjać temu okoliczności. Na przykładzie jednej z bohaterek wdać, że wszelkie misje humanitarne to nie darmowe wakacje tylko miejsca, gdzie największą i najdłuższą walkę toczy się z samym sobą, z uczuciami, kiedy wychodzi na jaw prawda, że całego świata nie można zbawić, zaś dobrymi chęciami niekiedy piekło jest brukowane.
To również powieść o pozorach, które stwarzamy na co dzień. Często robiąc to w celu ochrony własnego ego. Nieodłącznym uczuciem, które towarzyszy bohaterom jest samotność. Stan niezależny od nacji i szerokości geograficznej, który pozwala czytelnikowi na empatię wobec postaci a niekiedy nawet identyfikację w niektórych przypadkach.
Od strony technicznej jestem pełna podziwu dla warsztatu autora. Powieść można porównać do piosenki obcojęzycznej. Składa się ona z pięknej melodii, która od razu wpada do ucha oraz z tekstu, którego zrozumienie wymaga czasu. Każde kolejne odsłuchanie to nowe słowo, które jesteśmy w stanie przetłumaczyć i zupełnie nowe znaczenie.
Chang-Rae Lee pokazuje czytelnikowi całe spektrum barw, jakie towarzyszą człowiekowi przez całe życie, ujmuje subtelnością i przenikliwością.
Bez wątpienia to jeden z najważniejszych debiutów literackich na polskim rynku w roku 2011.