niedziela, 23 października 2011

Czy wiedzieliście, że angielskie określenie pluszowego misia, „Teddy Bear”, wzięło się na cześć prezydenta Theodore’a Roosevelta albo, że nazwa firmy Maybelline to w istocie połączenie imienia siostry założyciela (Mabel) ze słowem „vaseline”?  Nie? Więc zapewne nie mieliście okazji czytać książki Harry’ego Oliver’a.

    „Kocie furtki i pułapki na myszy. Skąd się wzięły zwyczajne (i niezwykłe!) przedmioty w naszym życiu?” to zbiór anegdot popartych dowodami naukowymi na temat historii powstania rzeczy bardziej lub mniej codziennych, mniej lub bardziej przydatnych. Od tego momentu już na pewno będziecie wiedzieć, do kogo składać swoje zażalenia lub pisać listy dziękczynne. 
    Autor pisze w sposób jasny i zwięzły, nie ma tu długich rozważań filozoficznych czy też szczegółowych życiorysów wynalazców. Nawet banalne historie jest w stanie przedstawić w ciekawy sposób, dzięki któremu zostaną one z łatwością zapamiętane. Ja zakodowałam w swojej głowie dobre 2/3 przedstawionych opowieści. Zrobiłam to już po pierwszym czytaniu, bez potrzeby wracania do tekstu. 
   Kolejną zaletą są ilustracje Graeme’a Andrew, który za pomocą kilku czarnych kresek świetnie oddaje charakterystyczne cechy wybranej przez siebie rzeczy. Mogę jedynie żałować, że tych obrazków jest tak mało. Najchętniej każdemu przedmiotowi poświęciłabym jedną stronę, którą tekst musiałby dzielić razem z pracami rysownika. 
    Jedyny minus, jaki mogę wskazać to poczucie humoru pisarza, które nie zawsze rozumiałam i nie zawsze mnie bawiło. Jednak to kwestia wyjątkowo względna, która na szczęście nie zdominowała tego, co najważniejsze – wiedzy. 

    Podsumowując:
    „Kocie furtki i pułapki na myszy” to zabawa i nauka w jednym. Zarówno duzi jak i ci mali czytelnicy znajdą coś dla siebie. Harry Oliver bez wątpienia pobudza ciekawość, zapewniając przy tym miło spędzony czas. 

5 komentarzy: