niedziela, 23 października 2011

    Podstawową zasadą dla pisarzy/autorów, którzy chcą wydać książkę z gatunku, który ma duże powodzenie na rynku jest wybranie targetu odbiorców, bo jak wiadomo, jeśli coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Niestety o tej zasadzie zapomnieli, albo nikt im tego nie powiedział, państwo Lee Carroll, czyli Lee Slonimsky i Carol Goodman.
    Główna bohaterka miała przypodobać się starszym czytelniczkom. Wszak jest po studiach, pracuje, wie, co to znaczy mieć kłopoty finansowe i opiekuje się ojcem po śmierci matki, zakochuje się też w dużo starszym mężczyźnie. Niestety Garet jest równie niezwykle infantylna, jej tok myślenia nie przysparza zwolenników, a pomysł prowadzenia narracji z jej punktu widzenia wydaje się odbierać potencjał, który krył się w lekturze. 
    Jestem czytelniczką, która dość łatwo daje się uwodzić wymyślonym przez pisarzy amantów, a tu znowu brak chemii. Na domiar złego i wszystkiego chemii nie czułam również ze strony Garet i jej adoratora. Nie płakałam nad ich losem, nie rwałam włosów z głowy, nie próbowałam krzyczeć by zrobili inaczej, Mówiąc w skrócie: Nuda. 
    Wymieniony wyżej potencjał nie kryje się w bohaterce, jej przyjaciołach czy też wrogach, ale w nawiązaniach do mitologii i Szekspira. Czytelnik będzie miał okazję ponownie zapoznać się z wróżkami, Oberonem, Pukiem i tym podobnymi. W zasadzie mogłabym śmiało stwierdzić, że książka wzbudziłaby u mnie większą sympatię gdyby przedstawiono mi jedynie opis magicznego świata bez głównej bohaterki. 
   Oddając sprawiedliwość, na koniec trzeba przyznać, że cała książka przy nadmiarze postaci i wątków jest spójna i logiczna, ale czy to wystarczy byście zechcieli poświęcić jej swój czas? 

2 komentarzy: