wtorek, 14 lutego 2012


    Muszę się Wam do czegoś przyznać. W życiu nie obejrzałam „Piratów z Karaibów”. Ja wiem, że kultowe, że J. Depp i wielu zalicza całą serię do kategorii „must see”. Zawsze jednak głowa podpowiadała mi, że to nie dla mnie i w rezultacie stracę czas, który przecież mogłabym przeznaczyć na coś pożyteczniejszego. Tak było do momentu przeczytania dylogii Marcina Mortki.

William O’Connor to postać wyjątkowa na skalę światową, pirat, jakich mało. Fakt bycia wrogiem numer jeden we własnym kraju, jest niczym przy jego zdolnościach. Kobiety i kłopoty lgną do niego jak metal do magnesu. Nie stroni przy tym od marynarskich rozrywek w postaci trunków wysokoprocentowych, najchętniej spożywa je zamykając się w swojej kabinie. Jeśli chodzi o wcześniej wspomniane kłopoty to zdaje się, że wychodzi z nich cało mając więcej szczęścia niż rozumu w głowie. Dobra passa sprzyja mu również przy doborze załogi. Na pokładzie „Magdaleny” znajdziemy elitarną, specjalnie wyselekcjonowaną grupę zwyrodnialców, wśród których największą sympatią obdarzyć można Sancheza przeklinającego we wszystkich językach świata oraz kuka Butchera, którego potrawy z pewnością nie zadowoliłby podniebienia G. Ramsay’a. Na szczególne wyróżnienie zasługuje też  porucznik Edward Love, dżentelmen w każdym calu i w każdej godzinie, zawsze idealnie ubrany, potrafiący zachować spokój ducha w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach.
 Dla swego dowódcy zrobią wszystko, wykonają nawet najgłupszy rozkaz – a ten przyjdzie im wypełnić nie raz i nie dwa. Oprócz nich pokład fregaty zamieszkują jeszcze dwie papugi – Pruchło i Barachło, potrafią mówić i robią to w sposób mistrzowski.
Życie pirata zasadniczo ogranicza się do bitew morskich, łupów i zabaw w każdym porcie. Rum leje się strumieniami, a panowie nie grzeszą też siłą swoich mięśni, jeśli zachodzi taka potrzeba. Dopiero w drugiej części dylogii Mortki wychodzi na jaw intryga, która nadaje sens książce i wyznacza kierunek sternikowi, który sami musicie odczytać.

Akcja jest dynamiczna (szczególnie podczas opisów bitew morskich i tych w karczmach), zabawna i przemyślana, choć czasem ciężko w to uwierzyć, jeśli przeliczy się stosunek szczęścia głównego bohatera do jego perypetii. Główny motyw – walka dobra ze złem – jest stary jak świat, ale też zawsze aktualny. Nie ważne, o czym się pisze, ważne jak się to robi. A pan Mortka robi to po prostu dobrze. Z ogromną przyjemnością czyta się opisy codzienności na statku, przybijanych portów czy też elokwentnych wymian słownych. Pisarz uwodzi czytelnika niczym syrena. Mami go swym humorem sytuacyjnym i całym spektrum charakterystycznych postaci - nawet jeśli wydadzą się stereotypowe – którym nie można odmówić uroku; aż buzia się śmieje na samą myśl.
Brawa należą się również za odniesienia do kultury współczesnej – to właśnie sprawia, że lekturę można czytać wiele razy i zawsze znajdzie się w niej coś nowego, bo przecież nasza wiedza stale się powiększa.
Co może sprawiać trudności? Jeśli jesteście szczurami lądowymi tak jak ja, to pewnie nie macie zielonego pojęcia na temat terminologii dot. budowy statków i ich nazewnictwa. „Karaibska Krucjata” to nie podręcznik z opisem cepa. Zostają więc dwa wyjścia: a) zaczerpniecie wiedzy przed przystąpieniem do czytania lub b) tak jak ja, zignorujecie część techniczną i zdacie się na własną wyobraźnię. 

Podsumowując:
Bardzo dobrze napisana powieść fantastyczna. Autor jest kapitanem swego statku i czuje wiatr w żaglach. Jeśli oczekujecie dynamicznej akcji i zabawnych perypetii w nie do końca codziennym wydaniu, to pozycje właśnie dla Was.

1 komentarzy: