niedziela, 12 lutego 2012


Wg starej polskiej maksymy do zakochania jeden krok i trzeba go zrobić jak najprędzej. Najczęściej jednak owy krok robimy nieświadomie, stąd m.in. w filmach możemy spotkać się ze scenami, które kończą się banalną puentą pt. „Po prostu tak wyszło”. Literackim przykładem tego zjawiska jest historia Zoe, głównej bohaterki najnowszej powieści J. Picoult „Tam gdzie ty”.

Elementem „niezwykłym” i częściowo odróżniającym jest orientacja Zoe. Poznajemy ją jako zadeklarowaną i zaobrączkowaną heteroseksualistką, jednak po kilku ważnych i traumatycznych przeżyciach znajduje ukojenie w ramionach przyjaciółki, w której (a jakże!) zakochuje się z wzajemnością.
Jej największym marzeniem jest posiadanie dziecka. Niestety były mąż cierpi na genetyczną przypadłość, która zmniejsza jakość i zdolności reprodukcyjne plemników. Zoe zaś z różnych powodów nie jest w stanie donosić ciąży do momentu rozwiązania. W momencie, gdy zaczęła się godzić z tym wyrokiem losu, pojawia się nowa możliwość. Wszak w związkach lesbijskich ilość macic ( i tym samy żywych inkubatorów) zwiększa się do dwóch. Aby osiągnąć cel wystarczy dostać jedynie zgodę na wykorzystanie zamrożonych zarodków. Rzecz jasna nie jest to wcale tak proste, a nawet prowadzi do długiego i bolesnego dla obu stron procesu sądowego, który zresztą jest stałym elementem w książkach J. Picoult.

Historia Zoe to tylko jedna z trzech stron. Dwie pozostałe należą do byłego męża, Maxa i aktualnej partnerki, Vanessy. Jednak te poznacie już zaglądając do lektury.

Z przykrością muszę stwierdzić, że nawet długie odstępy czasowe nie są w stanie zamaskować zapachu „odgrzewanego kotleta”. Serwuje się czytelnikowi ten sam schemat, sposób kreowania bohaterów i wątków. Każda z postaci na swój sposób mnie drażniła. Panie zbyt mocno i przez to sztucznie starały się udowodnić, że bycie lesbijką nie oznacza noszenia krótkich włosów i zaniedbania swojego ciała, a w związku żadna z nich nie ma potrzeby przyjmowania roli mężczyzny. Obie łączy „cudowna” telepatia – czyt. nie trzeba nikogo sto razy prosić o wyniesienie śmieci. Zaś Max jest życiowym nieudacznikiem, któremu z trudem przychodzi konstruktywne myślenie, bo mózg zżarła mu zazdrość i przynależność do kościoła prowadzonego przez maniakalnego pastora.

Plus za wybór tematu równoważy minus za formę jego przedstawienia. Dobro dziecka, które powinno być najważniejsze, schodzi tutaj na drugi, odległy plan. Fanatycy z Kościoła Wiecznej Chwały oczekują darmowej reklamy, którą ma spowodować proces. Natomiast Zoe bardziej pragnie zrealizować cel, który wyznaczyła sobie jako mężatka niż rzeczywiście stworzyć dziecku kochający dom. Pisarka wolała grać na emocjach czytelników niż przedstawić rzeczowe spojrzenie na sprawę wychowywania się w rodzinach homoseksualnych. A te kilka przytoczonych badań podczas procesu to dwie jaskółki na niebie, które wiosny nie czynią.

W poprzednich powieściach, które dane było mi przeczytać, autorka wstrząsała czytelnikiem, wręcz chciała rozbić jego serce na milion kawałków by następnie je posklejać i przynieść mu tym samym ulgę. Tym razem zrealizowała jedynie połowę tego planu, bo moje serce nadal potrzebuje kleju. Zakończenie było przewidywalne i zupełnie zbędne, nie wniosło ono niczego sensownego do mojego spojrzenia na obraną tematykę.

Do książki została dołączona płyta, na której nagrane piosenki mają być adekwatne do konkretnych rozdziałów. Niestety ja nie potrafiłam zdzierżyć głosu piosenkarki, więc nijak nie mogę stwierdzić czy teksty są mądre i czy rzeczywiście są adekwatne. Wybaczcie, ale poświęcać 40 minut życia na coś, co denerwuje od pierwszej sekundy to zdecydowanie za dużo.

Podsumowując:
Książka dobra dla wielbicieli pani Picoult i być może dla tych, którzy dopiero chcą rozpocząć przygodę z tą pisarką. Ci zaś, którzy się zawiedli na poprzednich pozycjach nie znajdą tutaj argumentów do zmiany zdania. Schematyczna i przewidywalna do bólu.

5 komentarzy: