Zawiedziona. To odpowiednie słowo po skonfrontowaniu oczekiwań z rzeczywistością. Fantastyczna lektura „Ostatniego rejsu Fevre Dream” i serial na HBO (Oczywiście zakładam, że niektóre wątki uległy zmianie na potrzebę ekranizacji, niektóre dodano, inne odjęto, ale przecież musiała być dobra baza, by powstał dobry serial – a tak było w tym przypadku) rozbudziły mój apetyt na więcej, więc postanowiłam sięgnąć po „Taniec ze smokami” G. R.R Martina.
Tak, wiem, że najlepiej czytać wszystko po kolei. W przypadku fantastyki jest to szczególnie ważne, bo autorzy zwykle nie mają tendencji do przypominania czytelnikowi o tym, co było wcześniej. Jednak zaryzykowałam i przegrałam, nie do końca ze swojej winy.
Niestety w tej powieści występuje przerost treści nad formą. Tej pierwszej jest naprawdę duuuuużo, nie miałabym nic przeciwko, gdyby ona miała sens, ale nie ma. Pan Martin jest tutaj mistrzem lania wody, jestem przekonana, że najdłuższe zdanie wielokrotnie złożone zmieniłby w jeszcze dłuższe. Tym samym mamy opisy zmieniania garderoby długie niczym pas do kimona, liczenie zapasów i ich smakowanie. Sami przyznacie, że to byłoby akceptowalne na początku serii, nie w jej środku.
Bohaterowie przychodzą i odchodzą. Przyznaję, że nie jestem w stanie wymienić wszystkich stałych i nowych. Nie przeszkodzi mi to jednak w powiedzeniu, że nie zgadzałam się ze sposobem ich kreowania. Jednokrotnie wybierałabym inne rozwiązania, ale to nie do mnie przecież należało.
Oddając cesarzowi co cesarskie, muszę przyznać, że jest mistrzem nie tylko lania wody, ale też i pióra. Jego słowa się wręcz połyka, jest zgrabnie i powabnie. Książkę przeczytałam w 3 wieczory i życzyłabym sobie, by wszystkie nużące książki tak szybko się czytało. Zakończenie w gruncie rzeczy wynagrodziło te godziny brnięcia w niewiadomą. Przerwano (jak zawsze ponoć) w najciekawszym momencie, jednak to za mało bym chciała kontynuować swoją przygodę z Martinem i poznać wcześniejsze tomy.