poniedziałek, 13 lutego 2012

    Toskania. O tym rejonie napisano całe oceany książek, a mimo to nadal chętnie do nich sięgam i czytam z zapartym tchem. Sama nazwa zawiera w sobie obietnicę pysznego jedzenia, ogrzewających promieni słonecznych i bezwarunkowej przyjaźni. Właśnie to można znaleźć w książce Marleny de Blasi, choć niekoniecznie podane na złotej tacy.

Remont domu, który należy do Marleny i jej ukochanego wenecjanina, właśnie dobiega końca. Wraz z odejściem robotników kończy się stukanie, zmniejsza się ilość kurzu do sprzątania, nie ma kogo gościć przy stole. Teoretycznie to sytuacja idealna dla pisarki, ale wraz z całym zamieszaniem odeszła też wena. Postanawia, więc spakować kilka najpotrzebniejszych rzeczy i wyprowadzić do skromnej chatki w jednym z toskańskich lasków. Pisanie tam jest tylko przykrywką dla spacerowania na pobliski targ, zrywania pobliskich dobrodziejstw natury i przede wszystkim dla rozmów z tajemniczą Lavinią, właścicielką jednego z tamtejszych gospodarstw. To ona pokazuje, że toskańczycy są ludźmi z krwi i kości, niekoniecznie miłymi, a już na pewno nie przekupnymi. Swoimi wspomnieniami powraca aż do czasów okupacji niemieckiej i okrucieństw, jakie przynosi ze sobą wojna. Jej dociekliwe pytania zmuszają Marlenę do zastanowienia się nad sobą, istotą związku i szczęścia. Niekiedy te wspólne rozmowy przypominają prawdziwa bitwę, toczoną na poważnie i bez przebaczenia, gdzie do końca nie wiadomo, kto zwycięży i jaka będzie wygrana.

Książka napisana w sposób ciepły, choć z małą dawką goryczy dla równowagi. Akcja napisana w punkt; rozdziera serce czytelnika by po chwili przynieść mu ukojenie. Są wzloty i upadki, rozstania i powroty, narodziny i śmierć. Trzyma czytelnika w napięciu do ostatniej chwili.

Widać ogromny szacunek i wdzięczność jaką Marlena obdarzyła nestorkę rodu. Wzniosła ją na podium i pozwoliła grać pierwsze skrzypce, sama zaś zadowoliła się kilkoma przerywnikami, które pozwoliły Lavinii odetchnąć i nabrać sił na kolejne scenowe zmagania.

Mój egzemplarz jest z każdej strony obklejony karteczkami, które kierują do fragmentów opisujących przyrządzanie potraw. Choć nie ma tu dokładnych przepisów, to można pokusić się na eksperymenty; bo przecież gotowanie to jedna wielka zabawna. Dzięki toskańskiej opowieści możemy delektować się – przynajmniej w wyobraźni – m.in. smażonymi kiełbaskami moczonymi w winie, riccottą z miodem kasztanowym i świeżym pieprzem, jabłkami smażonymi w winnym cieście i maczanymi w cukrze z rumem. Marlena pokazuje, że gotowanie i jedzenie to nie tylko czynność służąca egzystencji, to przede wszystkim styl życia.

Mogłabym napisać, że panie zbyt szybko przypadły sobie do gustu i właściwie nie wiadomo, dlaczego to właśnie Marlenie Lavinia zechciała powierzyć swoje sekrety. Tylko po co? Tego rodzaju powieści powstają – co zresztą sama autorka w książce przyznaje - dla osób, które poszukują emocji konkretnego rodzaju. Chcemy widzieć tą wielką włoską rodzinę, która zasiada do stołu; mieć pewność, że niezależnie od dzielących ich poglądów, zawsze pójdą za sobą w ogień. Marzymy by móc znaleźć się kuchni, gdzie w jednym garnku miesza się przeszłość z teraźniejszością, a wokół unosi się iście niebiański zapach. Zaś przy każdym końcu pragniemy być częścią tego nieokiełznanego i fascynującego chaosu, jaki zawsze towarzyszy toskańskim – i nie tylko – rodzinom.


Podsumowując:
Książka idealna dla tych, którzy szukają odskoczni od dnia codziennego. Pyszne jedzenie połączone z sentymentalną podróżą do przeszłości i fascynacyjącą teraźniejszością.

2 komentarzy: