wtorek, 14 lutego 2012



    Nie należy oceniać książki po okładce, ani tym bardziej kupować jej pod wpływem impulsu. Jednak co zrobić, gdy okładka jest tak zachwycająca, jak ta na zdjęciu?! Najlepiej dać się ponieść, bo w tym szaleństwie jest metoda. Dlatego też wzbogaciłam swój księgozbiór o pozycje autorstwa I. R. MacLeoda i nie żałuję.


Podróże – zbiór opowiadań

Pisarz zaprasza do podróży przez różne krainy – zarówno te fikcyjne, jak i rzeczywiste, które bez problemu możemy wskazać palcem na mapie - oraz epoki - wiktoriańska, okres kolonizacji Indii, początek rewolucji przemysłowej.

Można śmiało powiedzieć, że pretenduje do tytułu wirtuoza pióra. Dokładność i subtelność jego słów ciągle mnie zaskakiwała. Trochę jakby był impresjonistą, który kropka po kropce, machnięcie po machnięciu malował swoje dzieło. Zjednuje sobie czytelnika już od pierwszego utworu, w którym to wyczarowuje powiewy wiatru delikatnie łaskoczące policzki. Pierwszoosobowa narracja i duży ładunek emocjonalny skupiony wokół bohaterów pozwalają na syntonię uczuć.
Tematyka nawiązująca do obecnej rzeczywistości, przez co czasem trudno jest się całkowicie oderwać od ziemi. Niewolnictwo, rasizm czy też przemijanie ciężko nazwać przyjemnymi i łatwymi tematami, ale kiedy wychodzą spod ręki MacLeoda, to naprawdę ciężko im się oprzeć i nie żałować w momencie zakończenia.

Pieśń czasu

XXI wiek. Historia, której bohaterką jest stara skrzypaczka Roushana. Podczas jednego ze spacerów na pobliskiej plaży zauważa nagiego mężczyznę, którego ciało pokryte jest zadrapaniami i sińcami. Zabiera go do swojego domu, tam odziewa w ubrania męża i dowiaduje się, że cierpi na amnezję. By móc się do niego zwracać w formie osobowej, nadaje mu imię Adam. To przypadkowe spotkanie rozpoczyna proces retrospekcji u artystki, która z chęcią opowiada o swoim życiu, a On odwdzięcza się wiernym słuchaniem. Opowiada o wojnie nuklearnej, plagach, katastrofach ekologicznych, sytuacji politycznej, jak i o tych bardziej osobistych kwestiach dotyczących miłości oraz pracy.


MacLeod zachwyca i jednocześnie przytłacza nadmiarem. Proza wymagająca, napisana niemal poetyckim językiem.  Wiele można z niej wynieść, ale tylko pod warunkiem, że wiele się jej ofiaruje – czas, skupienie.
Przedstawiony świat, choć fantastyczny, daje pole do rozważań na temat ludzkich dążeń i kondycji społeczeństwa. Jak daleko posuniemy się, aby osiągnąć obrane cele? Co nas naprawdę spotka i w jakim stopniu będziemy temu winni?
Muzyka nie jest tu jedynie dodatkiem mającym uwiarygodnić postać skrzypaczki. To energia, która pobudza do życia i rozpala zmysły. Zastosowana pierwszoosobowa narracja znowu spełnia powierzone jej zadanie, to właśnie dzięki niej choć raz mogłam poczuć się jak prawdziwy wirtuoz.


„W tej muzyce znalazł się cały świat. Gdy zabrzmiał wirujący taniec trzeciej części, wyczułam, że wszyscy na widowni aż podskoczyli. Chciałam im pokazać. Chciałam, by się śmiali i płakali. Chciałam, żeby zrozumieli. Wszyscy dzieliliśmy to uczucie – cała orkiestra. Struny brzmiały wyraziście. Przejęłam melodię, zakręciłam nią w powietrzu i cisnęłam z powrotem w nich. Byliśmy razem i nie chciałam, by to się skończyło. Nigdy. Basy warczały, a ja unosiłam się wśród nich. Potem zebrałam wszystkie wątki w swoim staccato i wielka bestia muzyki, z którą się zmagałam, bestia będąca czymś więcej niż orkiestrą i Claude’em Vaudinem, ryknęła, po czym padła i zdechła, przebita moim ostatnim, wysokim C.”*

Przy prozie tego kalibru czuję się mała, niegodna. Każdy zachwyt wydaje się tylko cichym westchnięciem, w momencie, gdy powinna zabrzmieć salwa honorowa. Dlatego pozwolę sobie zakończyć, kłaniając się przy tym autorowi najniżej jak tylko potrafię.

P.S. Brawa dla wydawnictwa, które szanuje swojego czytelnika i nie chce go nabijać w butelkę. Dzięki wydaniu „za jednym zamachem” zbioru opowiadań i powieści (która na dobrą sprawę jest również opowiadaniem, tyle że niezwykle długim) w kieszeni zostaje 10-20zł.

*”Pieśń czasu. Podróże” – Ian R. MacLeod, wyd. Mag, str. 335-336

2 komentarzy: