niedziela, 22 kwietnia 2012



Każdy debiut reklamowany jest jako genialny, niepowtarzalny i zapierający dech w piersiach. Rekomendacja to żadna. Są jednak osoby, które znają się na rzeczy i ich pochwały nie da się kupić za pieniądze, a przynajmniej taką mam nadzieję. Jedną z nich jest Brent Weeks, autor m.in. „Czarnego Pryzmatu”. To właśnie jego dobre słowa znajdują się na jednym ze skrzydełek okładki „Honoru złodzieja”. Nie tylko świetnego debiutu, ale też jednej z najlepszej książek fantastycznych, jakie dane mi było przeczytać – choć uczciwie mogę przyznać, że ich ilość jest niewielka w porównaniu z prawdziwymi znawcami gatunku.

Dorthe nie jest zwykłym złodziejem. Jest Nosem, a jego towarem są informacje. Zdobywa je w różny sposób. Czasem wystarczy uśmiech, czasem kilka monet. Ci bardziej oporni poznają go od mniej przyjemnej strony – nie stroi od argumentów prawego i lewego sierpowego. Raz na jakiś w jego ręce trafia coś wyjątkowego, jak np. relikwia. To nie jest jednak tylko zwykły przedmiot, który można sprzedać i zapomnieć. Jak to mówią: łatwo przyszło, łatwo poszło. Tak też się dzieje, relikwia zostaje ukradziona złodziejowi - co już samo w sobie jest pewnym zabawnym paradoksem. Ponowne poszukiwania prowadzą Dorthe’a w samo centrum intrygi. Nie od początku wiadomo, o co toczy się tak naprawdę ta gra. Można jedynie dedukować, że stawka jest wysoka, skoro z każdym dniem przybywa zainteresowanych tematem. Z każdą godziną głowa Nosa jest coraz więcej warta i coraz więcej jest chętnych by oddać to, co kiedyś sami od niego otrzymali. Sposobności nie brakuje...

Cała historię poznajemy z perspektywy Dorthe’a. To zbliża czytelnika, stwarza pewną intymność. Przedstawia się – co też znajduje odzwierciedlenie w faktach – jako człowiek honoru, który na pierwszym miejscu stawia swoich najbliższych. To właśnie dla nich jest gotów znieść tortury i nadstawiać własnego karku. Nie stroni też od dobrego żartu, jego sarkastyczne poczucie humoru jest jedną z najmocniejszych cech osobowości i powieści zarazem.

Mamy tu całą galerię wyjątkowych, choć niekoniecznie mrocznych postaci. Tak więc poznajemy Kamratów (Sami przyznacie, że to o wiele ładniejsza nazwa niż pospolici złodzieje), przedstawicieli różnych cechów, ulicznych sprzedawców i zarazem informatorów, członków Zakonu Deganów, Szarych Książąt, wyjątkowo nieprzyjemną hrabinę i wielu, wielu innych. Jedni są przyjaciółmi, drudzy wrogami. Trudno mieć całkowita pewność, co do tego kto jest kim.

Akcja rozgrywa się w mieście zwanym Ildrekka. Znajdzie się tu miejsce dla rezydencji arystokracji, rumowiska dla najbiedniejszych i tego, co pomiędzy – m.in. kamienic, straganów, karczm. Niejednokrotnie to właśnie szeroko rozumiana architektura wpływa na rozwój wydarzeń i ogranicza pole manewru. Ildrekka posiada władcę, tzw. Imperatora, jest też straż w postaci  Białych Szarf i Aniołów, które zwykle nie spieszą się tam, gdzie są naprawdę potrzebne.

Pan Hulick znalazł równowagę między magią a stroną psychologiczną. Ta pierwsza ciekawi, ale nie przytłacza. Informacje o niej są dawkowane z korzyścią dla obu stron. Czytelnik nie ma problemu z zapamiętaniem i zrozumieniem, zaś pisarz zawsze może wyciągnąć swojego asa z rękawa. Sam fakt bycia złodziejem z reguły nie przysparza człowiekowi przyjaciół, stąd też łatwo jest pokazać różne oblicza głównego bohatera. Tutaj się to udaje i nie należy bynajmniej tego umniejszać, bo jak wiadomo – i do pustej bramki można nie trafić.

O tej książce mogłabym pisać chyba w nieskończoność, dlatego ograniczę się już tylko do wypunktowania tego, o czym warto jeszcze wspomnieć. 
Przede wszystkim intryga. Świetna i zaskakująca. Nic tutaj nie jest czarno-białe, nawet sama postać Dorthe’a, który mimo wszystko bardziej wpasowuje się w rolę bohatera niż czarnego charakteru.
Lekkie pióro i język, którym posługują się postacie. Hulick połączył słownictwo elżbietańskiej Anglii z dwudziestoletnią Ameryką, a do tego jeszcze potrafił wymyślić swoje własne określenia. 
Dynamika. Tutaj po prostu nie można się nudzić. Sceny walki – fantastyczne opisy posługiwania się szlablą – przeplatane wątkami psychologicznymi. Chwile zadumy, a po chwili pełna spontaniczność i dostosowywanie się do wymogów sytuacji. Od pierwszej do ostatniej strony.


 Osobiście nie mogę już się doczekać kolejnej części. Uważam, że to zbrodnia wydawać na rynek tak dobrą powieść i kazać czekać na jej kontynuację, kiedy nawet nie jest znana dokładna data premiery.

4 komentarzy: