sobota, 21 kwietnia 2012



Ponoć życie pisze najdziwniejsze i najstraszniejsze historie. Trudno jednak uwierzyć, że ktokolwiek mógłby podzielić los głównej bohaterki „Płatków na wietrze” autorstwa V.C. Andrews.

Akcja powieści rozpoczyna się dokładnie w momencie zakończenia pierwszego tomu. Rodzeństwo Dollangangerów uciekło z domowego więzienia, jakie urządziła im własna matka. Dzięki drobnym oszczędnościom i zabranym kosztownością, które w razie potrzeby zostaną sprzedane, udaje im się kupić bilet w kierunku ciepłej Florydy. To właśnie tam mają mieć pod dostatkiem tego, czego im odmawiano przez lata – słońca. Niestety podczas podróży najmłodsza z rodzeństwa nagle zachorowuje, czego oznaką są wymioty. Jak to bywa w książkach – a czasem też i w życiu – jedną z współtowarzyszek podróży jest czarnoskóra kobieta. To właśnie ona zabiera dzieci do lekarza, u którego pracuje jako gospodyni. Mężczyzna okazuje się samotnym wdowcem z dobrym sercem, oferuje więc rodzeństwu wikt i opierunek na czas nieokreślony. Ciepło, które ofiarowuje dzieciom ta dwójka nieznajomych nie wystarcza jednak by Cathy zapomniała o wyrządzonych jej krzywdach. Pragnie zemsty i to właśnie ta żądza jest przyczyną wszystkich wydarzeń i ich konsekwencji, z jakimi mamy do czynienia w tym tomie.

Zawiodłam się. Te dwa słowa chyba najlepiej opisują moje uczucia po skończonej lekturze. Za pierwszym razem autorka urzekła mnie swoim mrocznym pomysłem, który całkiem wiernie nakreśliła. Teraz ten autentyzm uleciał, zostały karykatury postaci, z którymi niezwykle ciężko się zidentyfikować.

Mówiąc brutalnie większość bohaterów – w tym trójka głównych – powinna udać się na leczenie psychiatryczne, lub przynajmniej na konsultacje i terapię u psychologa. Chris opętany pragnieniem związku kazirodczego. Carrie nie znająca własnej wartości jako dziecko, a w późniejszym czasie również jako młoda kobieta. Julian, tancerz przekonany o swojej wielkości, wieczny Piotruś pan, który nie chce dorosnąć. I wreszcie Cathy, która nie potrafi przyjąć na siebie odpowiedzialności za własne postępowanie, obwiniająca cały świat za niepowodzenie, wieczna egoistka.

Największym problemem jest brak rozwoju u bohaterów. Poznajemy ich poprzez opis Cathy, a ponieważ ona sama nie chce zmienić swojego myślenia i tym samym postępowania, to też stosunek pozostałych do jej osoby i wyobrażenie o nich nie może ulec zmianie. Miałam wrażenie, że wszyscy nieustannie powtarzają jedną kwestię, zupełnie jak zacięta płyta.

Z lekkim wstydem muszę wyznać, że ta książka pozwoliła mi odkryć w sobie znaczne pokłady sadyzmu. Cathrine to postać niezwykle infantylna i zarazem niezwykle denerwująca. To wrażenie pogłębią się z każdą przerzuconą stroną, ponieważ jest narratorką powieści nie można od niej uciec, gdzie pieprz rośnie. Dlatego też z pewną lubością, satysfakcją, obserwowałam jak sama okręca sobie sznur wokół szyi. Wychodząc z prostego założenia „cierp ciało, co chciało”.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że autorce udzieliło się szaleństwo swoich „dzieci”. Nie zwracała uwagi zupełnie na czas, jakby straciła jego poczucie. W „Płatkach na wietrze” akcja rozgrywa się przez kilka lat, a ja nie jestem w stanie przyporządkować wydarzenia do określonego przedziału wiekowego. Zdarzało się, że porzucała – moim zdaniem - ważne wątki bez konkretnego powodu czy wyjaśnienia. Być może nie zgadzały się z późniejszym pomysłem na zakończenie.

Krótko podsumowując:
Paradoksalnie mimo wielu minusów i braku plusów książkę czyta się bardzo szybko. Niestety nawet w połowie nie może się równać z pierwszą części serii. Zdecydowanie zbyt dużo dramatu, który nie jest autentyczny.

2 komentarzy: