środa, 11 kwietnia 2012



„ [...] są ludzie, którzy chadzają do księgarń, kupują te nasze historie i stawiają je sobie na półkach. Często nie wiedzą, że te wszystkie książki, które czytają, to nie są żadne powieści, wiersze ani książki historyczne – tylko zwyczajne przestrogi. [...] mnóstwo ludzi na tym świecie ma uszy, ale nie umieją słuchać. Mnóstwo ma też oczy, ale nie umieją patrzeć.”*

Początek tej niesamowitej historii ma miejsce na Jamajce w latach czterdziestych. Wtedy to dziewczynka o imieniu Pearline udaje się na targ w celu sprzedania własnoręcznie wydzierganej serwetce. Tym chce udowodnić swojej matce, że wie, co robi i może sprzedać swoje wyrobi, nawet jeśli są innego koloru niż biel. Nie chcąc dać za wygraną udaje się do kolonii trędowatych. Tam nie tylko sprzedaje nakrycie, ale też dostaje zamówienie na bandaże dla chorych, dzięki którym Ci czują się potrzebni i na swój sposób piękniejsi.

Naście lat później w kolonii trędowatych na świat przychodzi Adamine Bustamante, córka Pearline. Nie wiadomo, kto jest ojcem, ale w tym opowiadaniu to nie ma dużego znaczenia. Adamine nie jest zwykłą kobietą – jest Wyrocznią. Przepowiada katastrofy takie jak trzęsienia ziemi i pożary, ostrzega przed śmiercią. Na wyspie budzi strach i jednocześnie szacunek. Po przeprowadzce do Anglii zostaje zakwaterowana w szpitalu dla umysłowo chorych jako nieprzystosowana do społeczeństwa.

Czarna kobieta. Nie posiadająca rodziny ani tym bardziej majątku. Nosząca pstrokate ubrania i mówiąca jeszcze dziwniejsze, niezrozumiałe słowa. Czy kogoś może zainteresować? Tak. Pana Pisarza, chcącego opowiedzieć jej historię. To właśnie on przybliża nam te dwie silne kobiety. Miejsce na papierze musi jednak dzielić z Adamine, która często prostuje napisane słowa lub opowiada swój punkt widzenia.

”Ostatnia Kobieta Wyrocznia” to przejmująca historia. Napisana pięknym językiem, dzięki czemu pochłania się ją w jeden wieczór, by następnie odczuć ogromny żal wynikający z braku kartki do przewrócenia. Momentami wręcz przypomina baśń, kiedy poszczególne akapity przeplatane są magicznym „ciii...”.

Jamajskie wierzenia, ich slang i realia połączone są z zimnym światem wschodnim, teoretycznie bardziej cywilizowanym. Anglia jawi się tu jako kraj pełen hipokryzji i strachu przed nieznanym. Chorzy w szpitalach nie mają prawa głosu, każda skarga kończy się karą. Wśród pracującego tam personelu zapanowała znieczulica, każda próba polepszenia warunków, zwrócenia uwagi na problemu pojedynczych problemów lub zwyczajny przejaw człowieczeństwa kończy się naganą.

Kei Miller pokazuje jak łatwo nami manipulować, gdzie pierwotna informacja wcale nie musi równać się tej końcowej. Wierzenia często mogą być przykrywką dla nikczemnych celów. Nie da się jednak zaprzeczyć, że na tym świecie dzieją się rzeczy dziwne, dla których jedynym wytłumaczeniem jest wiara i niezbadane dotąd siły nadprzyrodzone.

Główna postać Adamine przyćmiewa wszystkie inne i bynajmniej nie jest to zarzut. Wyspiarka zjednuje sobie czytelnika od pierwszego momentu. Sugerując się po części okładką, po części też własnymi stereotypami zakorzenionymi w głowie wyobrażałam ją sobie jako postawną kobietę, odzianą w kolorową sukienkę i mającą na głowie turban, na którym przyczepione są owoce takie jak banany czy pomarańcze. Z kart powieści biła niesamowita energia i ciepło, tym właśnie odznaczała się Adamine.


Tak jak już wcześniej napisałam, książka przypomina niekiedy baśń. Obezwładnia wszystkie zmysły. Jednocześnie nie wiadomo, jaki jest sens, jaka będzie puenta – a tą naprawdę ciężko przewidzieć na początku. Dopiero pod koniec można zaczynać wysuwać teorie, mniej lub bardziej wiarygodne.

”Ostatnia Kobieta Wyrocznia” to jedna z niewielu powieści, która tak mocno wryła się w moje serce, a ja nie mam zamiaru jej stamtąd wyrzucać.

*"Ostatnia Kobieta Wyrocznia" Kei Miller, wyd. Świat Książki 2012

3 komentarzy: