niedziela, 21 lutego 2010

       Na Fidżi niestety nic nie wiedzą o Atlantydzie, dlatego postanowiłam zobaczyć czy coś na ten temat wie pani Dorota Katende zamieszkująca przez kilka miesięcy w roku urokliwy pensjonat na Zanzibarze. Atlantyda nadal przykryta ogonem diabła, ale za to, Zanzibar odkryty!
Skusiła mnie zdecydowanie okładka i piękne wydanie książki. Wszystko jest w niej dopracowane do ostatniego szczegółu. Wspaniały papier, ten wzór na nim przypominający drewno i piasek - surowce nieodłącznie wiążące się z Afryką. Oby więcej takich wydań.
Śmiało mogę powiedzieć, że jest to książka inna niż wszystkie z gatunku „ wyjechałem do raju, zbudowałem dom”. Przede wszystkim jest bardzo szczera, za co autorce należy się wielki plus. Nie ma w niej ani krzty przesadnej słodkości i wszechogarniającej sielanki. Pokazuje jak silną jest kobietą, ale nie oczekuje za to pochwał. Jej przygoda zrodziła się pod wpływem Karen Blixen. Wpierw poznała ląd a potem wyspę Zanzibar. Nie chcę tutaj streszczać książki, bo przecież nie o to chodzi. Pani Dorota typowo kobiecym sposobem przywołuje zapachy, kolory, dźwięki tego wszystkiego, co ją otaczało. Robi to naprawdę profesjonalnie, czytając książkę czułam, że to wszystko jest wręcz namacalne. Emocje są bardzo wyrażone. W lekturze jest czas na śmiech jak i na zastanowienie. Tak jak pisałam wcześniej książka jest szczera, ale nie za wszelką cenę. Autorka rozprawiła się krótko z demonami przeszłości, bez wylewności, zachowując przy tym dużą klasę. W przyjemny i praktyczny sposób przybliża zwyczaje mieszkańców Afryki. Nie mogłam wyjść z podziwu czytając o Masajce, która sama rodzi dziecko w glinianej chacie a następnego dnia już krząta się wokół niej jak gdyby nigdy nic. Pokazuje też, na czym polega bycie białym w społeczności czarnoskórych. Dowiedzie się też skąd powstało słowo „Murzyn” i jakie ma ono znaczenie dla Afrykanów.
Lektura z tego cyklu nie byłaby sobą bez przewrotności losu. Tak też dzieje się i tutaj. Ludzie, którzy krzywdzą popychają p. Dorotę do najlepszych decyzji w jej życiu. Bardzo spodobało mi się umieszczenie fragmentu jednego z listów, który wysłał syn podróżniczki ( śmiało można Ją tak nazwać) podczas pobytu na wyspie. Widać jak bardzo wdał się w swoją mamę. Słoneczny, ciepły, pełen smaków list, choć już w męskim wydaniu. Choć niewiele wspomina o swoich dzieciach, (za co też chwała), to, gdy już to robi opisuje fantastyczne wsparcie i przyjaźń, jaka łączy całą czwórkę. Podoba mi się fakt, że dla niej dzieci nie oznaczają rezygnacji z marzeń. W końcu szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci. Nie zapomina o nich, kocha nad życie jak każda matka, ale też dba o siebie.
Pani Dorota jest obecnie właścicielką biura turystycznego Safari Travel. Z ciekawości weszłam na stronę tego biura. Byłam bardzo mile zaskoczona ofertą, jaką proponuje, a jeszcze bardziej cenami. Dwutygodniowy pobyt w pensjonacie autorki kosztuje niecałe 900 dolarów ( bez przelotu). Biuro na życzenie klienta może też rezerwować bilety lotnicze, bez dodatkowych opłat za to, co wydaje się miłym gestem. Widać, że pani Dorota nadal pamięta czasy swoich pierwszych podróży do Afryki i nie naciąga klientów niepotrzebnymi kosztami dla własnych zysków za co należy się wielki plus. Biuro oferuje wycieczkę do Afryki śladami pisarek, które tam tworzyły i mieszkały m.in. Karen Blixen. To tak na marginesie :-) 

Książka o silnej, ambitnej i walecznej kobiecie. Przeciwnościach losu, ale także i jego darach.
Dołączone zostały zdjęcia z podróży na afrykański ląd jak i na wyspę. Można zauważyć, że czuje się tak jak ryba w wodzie. Razem z wizytami w Afryce zmieniała się sama autorka. Miłość, dobra kuchnia, świeże powietrze, plaża i ocean sprawiły, że z pani Doroty narodziła się piękna i pewna siebie kobieta, a co najważniejsze spełniona kobieta.
Oby tak dalej, tego życzę z całego serca.
A Wam moli mili z całego serca i z czystym sumieniem polecam „Dom na Zanzibarze”.

6 komentarzy: