piątek, 26 lutego 2010

    Każdy z nas ma zdarzenie, chwile, o których chciałby zapomnieć, wyrzucić z pamięci. Sposoby na to znajdujemy różne. Chyba najpowszechniejszym jest ucieczka. Myślimy, że nowe życie z daleka od obecnego przyniesie ulgę. Gdy już zamiary zamienimy w czyn dostrzegamy prawdę starą jak świat... Możemy zmienić nad sobą niebo, tyle razy ile tylko zapragniemy, ale nigdy nie zmienimy swojej duszy.
Właśnie zraniona dusza jest dla mnie motywem przewodnim „Zupy z granatów”. To ona łączy i dzieli bohaterów książki. Drugim tematem przewodnim są oczywiście zapachy i smaki, te, bowiem czarują na każdej niemalże stroje. Czarują i to jak skutecznie. Ta książka ma coś, co trudno mi zdefiniować. Niby jest prosta, nie ma w niej nic odkrywczego a jednak nie potrafiłam się od niej oderwać. Czytałam ją nawet mieszając gotujący się makaron, którego gotowanie oczywiście było wynikiem odczuwania głodu podczas tylu literackich smakołyków. Osobiście też nie mogę się doczekać wypróbowania 13 przepisów, które podała autorka. Podoba mi się, że nie są one napisane z tyłu książki bądź nic nie znaczącymi przerywnikami. Otóż każdy przepis jest umieszczony dokładnie przed sytuacją, w której będzie grał jedną z głównych ról.
Lektura wbrew pozorom ( sama się zdziwiłam) jest naprawdę wielowymiarowa. Choć opowiada m.in. o losie kobiety bitej i poniżanej przez męża w Iranie. To przecież wcale nie musimy uciekać do Iranu by zobaczyć podobne sceny. Pewnie wielu z Nas ma to za swoimi 4 blokowymi ścianami, mniej lub bardziej widoczne. Ukazany jest ten mechanizm jak ciężko kobiecie odejść od męża, a jeśli już to zrobi to żyje z poczuciem lęku, że ją odnajdzie.
Za pomocą uroczej włoskiej staruszki Marsha pokazuje jak niewiele trzeba by pomóc komuś, jak bardzo zatracamy się w swojej pracy kosztem innych, często tych najbliższych. A przecież potrzeba tylko chęci by zauważyć. Zaś ksiądz, fryzjerka i włóczęga pokazują, że nie wszystko, co widzimy naprawdę takie jest. Przy odpowiednich zbiegach okoliczności, to my możemy pełnić te funkcje. Bo kto powiedział, że ksiądz musi być tylko poważny, fryzjerka głupią lalą a włóczęga niechlujem i ignorantem ? Nie wszystko złoto, co się świeci, a każde złoto może być przykryte grubą warstwą kurzu. Trzeba tylko chcieć ją zatrzeć.
W całej lekturze nie można pominąć też postaci miejscowego potentata, którego oczywiście interesuje on sam i nikt więcej. Jego postać pokazuje, jak bardzo nieznane są nam wyroki tego świata. Ten, któremu za wszelką cenę będziemy chcieli przeszkodzić może uratować nam życie... Życie pełne jest taki paradoksów.
Lektura porównywana do „Czekolady” Joanne Harris. Hm, ja osobiście prozę pani Harris postawiłabym na półce wyżej, ale pomimo tego „Zupę z granatów” mocno polecam.
To taka wytrawna czekoladka :-)



P.S. Wiecie może, do jakiej literatury można zaliczyć prozę Marshy Mehran? Ja powiem szczerze mam kłopot z racji barwnego życiorysu pisarki. Sprawdzałam na stronie biblioteki i tam pisało, że literatura irlandzka, ale autorka urodziła się w Teheranie. Będę wdzięczna za rozwianie moich wątpliwości. :-)


Polecam! 

12 komentarzy: