środa, 17 lutego 2010

              „Wspominany tylko to, co nigdy się nie wydarzyło”. Jedni wspominają by móc znieść swoją marną egzystencje, Oskar wspomina by nadal kochać, kochać znaczy żyć...
Wiedziona uwielbieniem dla Barcelony i sympatią dla Zafona nie mogłam, nie sięgnąć po Marinę.
Czytając nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ja już to skądś znam. Znam oczywiście z poprzednich powieści autora. Stale się zastanawiam, czy Zafon ma tak mocny i wyrazisty styl czy po prostu pisze na określonym schemacie. Zarówno pierwszy jak i drugi przypadek absolutnie nie przeszkadza mi ocenić tej książki jako dobrej. Doskonałe rozłożenie akcji w czasie. Gdy raz wejdziecie do zagadki Zafona, nie wyjdziecie z niej bez rozwiązania. Jego język hipnotyzuje. Czytelnik nie odczuje znużenia nawet przez pół strony. Samej Barcelony było mi zdecydowanie za mało. Chętnie dodałabym jeszcze kilka zapachów, kolorów czy wynalazków tamtejszej epoki. A żeby było tak idealnie to popracowałabym odrobine nad charakterem młodego Óskara. Nie zaszkodziłoby mu trochę więcej męskości, wszak ma już 15 lat. Autor potraktował go jako tło do wyostrzenia innych postaci, w tym tytułowej Mariny. Tutaj mistrzowsko się ze mną bawił w kotka i myszkę. Kiedy myślałam, że jestem mądra i już wszystko wiem ( czyt. Zakończenie książki ) okazywało się, że nie wiem nic. Bywało też, że czułam czarne motyle w brzuchu. Czemu czarne motyle? Przeczytajcie a dowiecie się sami.
Podsumowując: dobrze czytająca się historia o odwadze, sile woli, miłości aż po grób, przyjaźni na wieki z domieszką grozy. Pozostawia czytelnika w miłym niedosycie i niepewności czy to, o czym przeczytał było prawdą.

7 komentarzy: